W obronie rozumu

Chciałbym żeby moja historia była przestrogą…

„Chciałbym żeby moja historia była przestrogą dla ludzi którzy z dużym kredytem zaufania udają się na terapię. I ostrzeżeniem dla terapeutów – do czego może doprowadzić ich praca” – tak napisał do mnie dzisiaj pewien pacjent przesyłając w załączniku list, który zatytułował „list rakowy”, a którego treść publikuję poniżej za zgodą jego autora.

Dzień dobry,
ten list piszę w przerwie pomiędzy operacjami onkologicznymi. Chciałbym oszczędzić takiego finiszu terapii Waszym podopiecznym.
Jestem teraz daleko po trzydziestce. Swoją terapię zacząłem jeszcze w liceum. Zawsze czułem się zmęczony, źle spałem, tyłem, byłem depresyjny i zalękniony. Z domu wyniosłem przekonanie, że dzięki pracy nad sobą będę czuł się dobrze. Terapeuci to potwierdzali, ale z biegiem lat efekty nie pojawiały się. Bywało lepiej lub gorzej, jak w życiu. Jednak ciągle byłem przemęczony bez wyraźnego powodu. Diagnoza – zaburzenia adaptacyjne, dystymia, potem osobowość unikająca, potem depresja, mieszane zaburzenie osobowości. Co roku diagnoza była gorsza, a ja co raz bardziej sfrustrowany i przerażony.
Słyszałem wielokrotnie na terapiach, że moja depresja to niewyrażona złość. Więc przez długie miesiące swoją złość wylewałem bardzo aktywnie. Wręcz stałem się nieprzyjemny. Zraziłem do siebie wiele osób, próbując „nowego siebie”. Ale samopoczucie nadal takie samo, może nawet gorsze. Jak to możliwe? Usłyszałem, że łatwiej mi się czuć zmęczonym, niż wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Że to mój nieadaptywny mechanizm obronny. Także próba zwrócenia uwagi na siebie. Że unikam konfrontowania się z problemami, uciekam w depresję. Że moi rodzice popełnili upiorne błędy wychowawcze i powinienem się od nich odseparować. Mógłbym wymieniać bez końca.
Po latach nieskutecznych terapii, okazało się że mam raka tarczycy. Już z przerzutami. Nie miałem prawa czuć się dobrze. A na pomoc, po tylu latach znoszenia moich sztucznie stworzonych traum, przyszła mi moja niezawodna mama. Ta sama osoba, która była domniemanym korzeniem moich problemów. A teraz to ona ratuje mi życie, dosłownie.
Mój rak rozwijał się powoli, przerzuty też nie pojawiły się nagle. Jest on TSH-zależny, co oznacza, że rozwija się świetnie przy długotrwałej, nieleczonej niedoczynności tarczycy. Okazało się także, że mój testosteron byłby w porządku, tylko gdybym miał 90 lat. Żadne „bycie bliżej siebie”, rozwój osobisty, ani współczucie terapeuty nic tu nie pomoże. Natomiast to co by pomogło, to rzetelne badania układu hormonalnego. W zamian dostałem ogromne poczucie winy; przecież ciągle robię coś nie tak, skoro nadal źle się czuję. Może sobie wymyślam? Dyscyplina, higiena emocjonalna, piramida Masłowa i będzie dobrze. Ale nie jest. Może jestem złym pacjentem? Niestety wielu spotkałem psychologów, którzy wiedzą zawsze lepiej.
Osobny tekst mógłby powstać o tym, jak lekarze ignorowali mnie i stawiali nietrafione diagnozy, szczególnie psychiatrzy, którzy wpompowali we mnie wszystko co się dało, produkując jedynie fatalne efekty uboczne, np. nietrzymanie moczu. Przez lata, nawet gdy trzy razy trafiłem na oddział dzienny szpitala psychiatrycznego z depresją, nikt nie zaproponował żadnych badań. Nikt nie otarł się nawet o sedno problemu. Jednocześnie systematycznie zapewniano mnie, że terapia będzie skuteczną odpowiedzią na moje złe samopoczucie. A stan mojego zdrowia stale i nieodwracalnie się pogarszał.
To, że w ogóle ktoś raka zauważył, i tak za późno, to tylko moja upartość, samodokształcanie się. Bo normy TSH są niezwykle pojemne, a testosteronu nie są równoważne dla trzydziestolatka i dziewięćdziesiątlatka. To wiedza na zachodzie powszechna, a u nas egzotyczna. Wytrwale wkładałem nadludzki wysiłek w to, żeby mi się chciało, żebym nie wyglądał jak pączek, żeby być lepszą wersją siebie. Ale już podziękuję za to wszystko, szkoda mi na to czasu, którego być może zostało mi bardzo mało.
Proszę psychologów i psychiatrów, żeby wysyłali pacjentów do sprawdzonych endokrynologów. Skoro stać ich na terapię, to na badania tym bardziej. Być może terapia w wielu przypadkach jest niepotrzebna i nieetyczna. Skoro trafiają w złym stanie psychicznym, to prawdopodobnie nie wiedzą gdzie zacząć i potrzebują konkretnych wytycznych. Proszę zadbać o nich po ludzku i zastanowić się dwa razy, zanim postawią Państwo autostygmatyzujące dla pacjenta diagnozy.
Aktualnie czekam na kolejną operację i nie mam już czasu na zastanawianie się nad tym co, po co i dlaczego. Wiem tylko, że historii takich jak moja jest więcej.
Życzę zdrowia.
mmmmmmmkot@gmail.com

Reklamy

7 comments on “Chciałbym żeby moja historia była przestrogą…

  1. GKM (@GKM9)
    Listopad 11, 2016

    Dla mnie wysłanie pacjenta profilaktycznie na badania to oczywistość 😐 No ale mamy kupę niedouczonych absolwentów, nie mówiąc już o terapeutach czary-mary z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem („chcieciologii”) którzy nawet psychologii nie kończyli (bo po co) ale w towarzystwie wzajemnej adoracji mają zapracowaną pozycje.

  2. skuteczność
    Listopad 12, 2016

    Kochani, proszę zacznijcie odróżniać psychologów od psychoterapeutów. Psycholog to zwyczajny mgr po studiach, a aby zostać psychoterapeutą, trzeba najpierw mieć mgr (np. z psychologii, socjologii i inne) później dostać się do szkoły psychoterapii (testy osobowości, rozmowy kwalifikacyjne), gdzie taka osoba uczy się terapii 1 na 1 i to nie jest nauka teoretyczna! Dodatkowo musi obowiązkowo przejść własną psychoterapię indywidualną i grupową i wiele, wiele innych. Takie szkoły psychoterapii (Akredytowane przez PTP) trwają około 4-5 lat dodatkowej nauki, i to właśnie PSYCHOTERAPEUTA powinien prowadzić terapię! Gdzie właśnie ma zajęcia nie tylko o warunkach społecznych, ale także i o wpływie hormonów, genów i inne. Psycholog nawet nie musi mieć własnej terapii 😦

    Przynajmniej zwiększycie swoje szanse na skuteczną terapię i szanse na to, że ktoś zasugeruje czy odeśle także na badania!

    Niestety nawet w placówkach medycznych często zatrudnia się ‚tylko psychologów’ (bez własnej terapii, którym często wydaje się, że wiedzą już wszystko i psują rynek 😦 wraz ze skutecznością…)

    Oczywiście jak w każdym zawodzie, nie każdy lekarz, psychiatra czy internista, czy nie każdy psychoterapeuta rzetelnie wykonuje swój zawód, ale bynajmniej będziecie mieli o wiele WIELE większe szanse u psychoterapeutów niż ‚tylko psychologów’.

    • Michał Kot
      Listopad 13, 2016

      Dzień dobry.

      Jestem autorem tego listu. Zapewniam Panią, że miałem do czynienia jedynie z psychoterapeutami certyfikowanymi przez PTP.

      Stosowałem w liście zamiennie termin „psycholog”, co może jest błędem, ale wydawało mi się to bardziej stosowne ze względu na to, że „psycholog” jest dla mnie znaczeniem bardziej pojemnym i zawiera także psychoterapeutów. Rozumiem, że mogłem się pomylić w nomenklaturze, zatem prostuję. Swoje terapie miałem prowadzone jedynie przez sprawdzonych przeze mnie wcześniej psychoterapeutów, także tych najbardziej w Polsce uznanych. Nazwisk nie chciabym wymieniać, żeby nie szkalować.

      Napisałem ten list, aby zwrócić uwagę na błąd być może systemowy. Tak jak kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, próbowano leczyć autyzm psychoterapią, zakładając że wynika problem wynika z błędów wychowawczych. Myślę, że tak samo jak w moim przypadku, taka terapia nie tylko nie leczy, ale ogromnie szkodzi.

      Michał Kot

      • Ewa Trąbczyńska
        Listopad 16, 2016

        Panie Michale, chciałabym podziękować za list. Wiem, że w tej chwili życia dla Pana bardzo trudny, jednak tak bardzo potrzebny dla nas zdawałoby się laików. Sama miałam nadczynność tarczycy, dzięki Bogu dietą i zupełnie innym podejściem do życia, podejściem do sportu.Pozdrawiam ciepło i wierzę,że wszystko będzie dobrze. Eva

    • Tomek
      Grudzień 16, 2016

      Proszę wybaczyć, ale wielu terapeutów nie jest psychologami. Psycholodzy mają z reguły gruntowniejsze wykształcenie niż psychoterapeuci. Psychoterapeuci potrafią stosować np. psychodynamikę, której wartość naukowa jest zerowa. Przez 8 lat terapii p-d pacjent na 100% się zmieni – nie ma innej możliwości (i już jest sukces psychoterapii).

  3. zimzap.pl
    Listopad 14, 2016

    Kiedy byłam w terapii i pojawiały się u mnie objawy somatyczne, moja terapeutka pierwsze co mówiła to „najpierw wykluczymy przyczyny organiczne” … jestem jej za to ogromnie wdzięczna, bo faktycznie moja tachykardia i stado innych objawów były niczym innym jak galopującą nadczynnością tarczycy… Zdrowia autorze listu… dużo zdrowia, trzymam kciuki!

  4. Psychiatra
    Listopad 14, 2016

    Jeśli terapia trwa latami, to znaczy, że coś „nie działa” , trzeba cofnąć się parę kroków wstecz i jeszcze raz przeanalizować sytuację. Błąd systemu, rutyna, brak czasu… Czasem trzeba być naprawdę silnym, żeby przeżyć „terapię”.
    Życzę Panu dużo zdrowia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on Listopad 11, 2016 by and tagged , .
%d blogerów lubi to: