W obronie rozumu

Pamiętaj, kontakt z terapeutą może zostać użyty przeciwko tobie!

Nie ufaj współczuciu – wybieraj godność, własną i innych.

Chritopher Hitchens

 

Jeśli żyjesz w mieście, jechałeś dzisiaj do pracy tramwajem lub autobusem, robiłeś zakupy w centrum handlowym, szedłeś ulicą mijając obcych ci ludzi, to z pewnością spotkałeś osoby zaburzone lub chore psychicznie, bo jest ich co najmniej kilka, kilkanaście w każdej przypadkowej grupie stu osób. Pewnie w ogóle nie zwróciłeś na nie uwagi, bo większość z nich stara się ze wszystkich sił nie wyróżniać – imitują zachowanie ludzi zdrowych. Wiedzą doskonale, że ujawnienie swojej inności spowoduje, że ludzka sfora rozpocznie szykany i prześladowania.

Na szczęście wśród członków tej sfory coraz częściej pojawiają się jednostki prawdziwie współczujące, które przeciwstawiają się temu naznaczeniu ludzi innych niż większość. Dołączają do nich wszelkiej maści oportuniści, którzy chcą być spostrzegani jako politycznie poprawni, co w gruncie rzeczy nie jest złe, bo wzmacnia głos tych pierwszych. Dzięki nim los ludzi chorych i zaburzonych jest dużo lepszy niż kiedyś. Ludzie zgłaszający się na psychoterapię rzadziej się tego wstydzą, a niektórzy – małpując celebrytów – nawet się z tym obnoszą. Choć problem stygmatyzacji nadal istnieje, bo jego korzenie tkwią w biologicznej części naszej natury, której imperatywy bezwzględnie nakazują wystrzegać się wszelkiej odmienności, to wygląda na to, że mimo wszystko systematycznie się zmniejsza. Duże zasługi w tym względzie mają psychoterapeuci, psychologowie i psychiatrzy, którzy dzięki swej wiedzy lepiej rozumieją zachowanie takich ludzi, a co za tym idzie, są w stanie owe biologiczne nakazy przekroczyć i przekonać do tego również innych.

Ja jednak pozostaję wciąż nieufny w stosunku do pomysłów forsowanych przez współczesne demokratyczne społeczeństwa, które stać choćby na taką obłudę jak to, żeby potępiać większość narkotyków, legalizując jednocześnie i czerpiąc dochody z konsumpcji alkoholu i tytoniu. De omnibus disputandum. Węszę więc obłudę i podstęp również i tam, gdzie inni widzą wyłącznie współczucie i dobrą wolę. Dokąd mnie mój sceptycyzm doprowadził?

Przede wszystkim, co pewnie nie jest wielkim odkryciem nawet dla niezgłębiającego tematu myślącego człowieka, do zwrócenia uwagi na to, jakie korzyści i komu przynosi walka ze stygmatyzacją zaburzeń i chorób psychicznych. Na sztandarach mamy cierpienie ludzi, ale drzewce tych sztandarów trzymają ludzie zdrowi. Zmniejszenie lęku przed stygmatyzacją to zwiększenie zapotrzebowania na usługi terapeutyczne, podwyższenie statusu społecznego psychoterapeutów i, nie mniej istotny, wzrost dobrego samopoczucia i samooceny, a nawet pojawienie się przekonania o pełnieniu misji. Nie ma w tym nic złego, dopóki obie strony na tym korzystają, dopóki wielkość cierpienia jest odwrotnie proporcjonalna do dobrostanu tych, którzy owo cierpienie zmniejszają. Wątpliwości pojawiają się wówczas, kiedy uczciwy szklarz w obliczu braku zleceń wchodzi w spółkę z łobuzem dysponującym procą. Pandemia chorób psychicznych, z którą mamy do czynienia ostatnimi czasy, konfrontuje nas z koniecznością sprawdzenia, czy przypadkiem nie mamy tutaj do czynienia z układem szklarz – łobuz. Szczególnie że w obliczu tej pandemii nikt nie bije na alarm, a jej ofiary są sprawnie „zagospodarowywane” przez rynek zwiększający podaż usług terapeutycznych.

To są jednak problemy, które już wielokrotnie poruszałem w swoich tekstach[1] i wystąpieniach[2] i nie chciałbym dzisiaj wracać do tego tematu. Jednak społeczne przyzwolenie dla walki ze stygmatyzacją ludzi psychicznie chorych i zaburzonych i powszechna aprobata dla działań realizujących ten cel poza oczywistymi korzyściami, przyczyniły się również do stworzenia pułapki, w którą wpadają tylko niektórzy, a z której nie ma wyjścia. Ba, nie dociera z niej nawet krzyk wołania o pomoc i sprawiedliwość.

Kiedy wyciągasz papierosa z paczki, twój wzrok musi napotkać napisy ostrzegawcze. Podobnie jest, gdy kupujesz alkohol albo studiujesz jego etykietę. Kiedy przekraczasz próg gabinetu psychoterapeutycznego nikt nie ostrzeże cię przed konsekwencjami przemieszczenia się w przestrzeni o tych kilka zaledwie metrów. I nie chodzi mi tutaj o wszelkie możliwe negatywne konsekwencje psychoterapii, o których pisałem w czterech swoich książkach. Chodzi mi o to, że ten ruch może zostać wykorzystany przeciwko tobie, tak jak każde słowo oskarżonego o zbrodnię, o czym lojalnie przestrzegają amerykańscy policjanci w momencie aresztowania, przynajmniej w filmach.

W jaki sposób? W psychoterapii, podobnie jak w każdej ludzkiej działalności, coś może pójść nie tak. Pacjent, przez przypadek lub z rozmysłem, może zostać skrzywdzony. Jeśli będzie miał dość siły w sobie, by próbować dochodzić swoich praw, niemal zawsze będzie traktowany jako osoba zaburzona. Ci sami obrońcy cierpiących, którzy walczą ze stygmatyzacją chorych i zaburzonych psychicznie, nie zawahają się przed wskazaniem na to zaburzenie lub chorobę, jako argument  świadczący na niekorzyść pacjenta. W najłagodniejszej wersji poddając w wątpliwość jego wiarygodność. W mocniejszej – zaświadczając o ograniczonych możliwościach poznawczych pacjenta w sądzie.

Nie wymyśliłem tego siedząc przy biurku. Latem 2014 roku zacząłem systematycznie prowadzić rozmowy z pacjentami, którzy czują się skrzywdzeni przez terapeutów. Setki maili, telefonów, dziesiątki godzin spędzone na rozmowach, drugie tyle przy edycji tekstów zapisanych rozmów. Część moich rozmówców zgłaszała skargi, również do stowarzyszeń terapeutów, ich komisji etycznych, ale także do prokuratury czy do sądu. W każdym ze znanych mi przypadków rozpatrywano relacje tych osób, jako osób zaburzonych, a co za tym idzie mało wiarygodnych. Skąd wiadomo, że są zaburzone? No przecież inaczej nie trafiłyby na terapię! Żadna z tych osób dotychczas nie uzyskała jakiegokolwiek zadośćuczynienia, choć niektóre z nich są wyjątkowo wytrwałe i kilka już lat próbują bezskutecznie coś uzyskać, choćby słowo przepraszam. I choć życzę im jak najlepiej, moje prognozy w tym względzie są bardzo pesymistyczne. Ci, którzy trafiając na terapię są traktowani jako cierpiący ludzie, w momencie, kiedy dochodzi do konfliktu z terapeutami stają się ludźmi zaburzonymi, tylko dlatego, że kiedyś, zachęcani również przez tych walczących ze stygmatyzacją, beztrosko przekroczyli próg gabinetu terapeutycznego.

Zaraz, zaraz! Ale może ci ludzie są rzeczywiście zaburzeni, a przez to mało wiarygodni? Skąd taki pomysł przyszedł mi do głowy? Tego też sam nie wymyśliłem. Krótko po tym, jak rozpocząłem swoje przedsięwzięcie, które nie potrafi mi się kojarzyć inaczej niż z podróżą narratora Boskiej komedii Dantego, prowadzonego przez kolejnych przewodników w coraz to głębsze kręgi piekielne, przyszło mi na myśl, aby wydarzenia, które stały się udziałem moich rozmówców, omówić również z psychoterapeutami i innymi specjalistami, którzy mogliby wnieść w te historie nieco więcej światła. W tym celu zaprosiłem do rozmów 39 polskich terapeutów, wśród których znalazło się wiele osób znanych i uznanych jako autorytety, psychologów i psychiatrów. Dodatkowo próbowałem zachęcić do wypowiedzi trójkę prawników, którym te problemy nie są obce i jednego lekarza o specjalności innej niż psychiatria. Mniej niż jedna czwarta zgodziła się na rozmowy, jeszcze mniej dotrwało w tych rozmowach do końca. Powoli powstaje z tego książka. Ci którzy odmawiali niejednokrotnie zwracali mi uwagę na fakt, że relacje, które uzyskałem od pacjentów pochodzą od ludzi zaburzonych, a przez to nie można traktować ich jako wiarygodnego opisu wydarzeń! Nieraz też uświadamiali mi, że jestem dość naiwny traktując opowieści pacjentów jak prawdziwe historie, wszak z założenia w układzie pacjent – terapeuta, ten drugi ma więcej wglądu w to, co dzieje się w tej relacji.

Zanim po raz pierwszy usłyszałem taką argumentację, wszystkich swoich rozmówców traktowałem jako jednakowo wiarygodnych. Dlaczego miałbym zakładać, że chcą mnie wprowadzić w błąd lub oszukać? Jeśli coś przeinaczają, to czynią to prawdopodobnie tak samo, jak my wszyscy – bo coś źle zapamiętali, bo pewne wydarzenia zniekształciła niedoskonała pamięć, bo troszkę się wybielają. W tym względzie pacjenci są tak samo ułomni jak ich terapeuci i wszyscy inni ludzie. Dzisiaj, po tych dziesiątkach godzin rozmów jestem dużo mniej skłonny ufać tym, którzy przekonują mnie, że mają monopol na obiektywność, że inni są mniej wiarygodni. Tak, przestałem wierzyć terapeutom przekonującym mnie o braku wiarygodności pacjentów. Bardziej ufam relacjom pacjentów, bo ci nawet w sytuacji niepowodzenia terapii nadal poszukują w sobie jej przyczyn. Mniej polegają na własnej wiedzy, nie wygłaszają swoich wizji rzeczywistości ze zniewalającą pewnością siebie. Nie mają gotowych odpowiedzi tylko ich szukają.

Pewnego razu pacjentka, z którą pracowałem nad redakcją jej rozmowy, doświadczając kolejnych sytuacji, w których podważano wiarygodność jej relacji poprosiła mnie, abym zadał pytanie terapeutom, z którymi rozmawiam, czy wiedzą, jak się czuje ktoś, kogo szczerość jest na każdym kroku poddawana w wątpliwość tylko dlatego, że kiedyś zdecydował się na udział w terapii. Kieruję je dzisiaj publicznie do wszystkich terapeutów: Wiecie? Doświadczyliście tego kiedykolwiek? Potraficie sobie wyobrazić jak to jest pozostać ostatecznie naznaczonym jako człowiek zaburzony?

 

P.S. Jako ciąg dalszy lektury tego tekstu rekomenduję doskonałe w swej formie i zatrważające w wymowie opowiadanie Gabriela Garcii Marqueza Chciałam tylko skorzystać z telefonu opublikowane w tomie Dwanaście opowiadań tułaczych.

 

[1] Np. tutaj: https://psychologia-ekonomiczna.com.pl/article/view/257; https://tomwitkow.wordpress.com/2015/01/04/jak-reklamuje-sie-psychoterapie/

[2] Np. tutaj: https://tomwitkow.wordpress.com/2016/04/18/psychobiznes-na-zgliszczach-i-traumatyczna-turystyka/; https://tomwitkow.wordpress.com/2015/02/13/zapraszam-na-wyklad-do-warszawy/

Reklamy

6 comments on “Pamiętaj, kontakt z terapeutą może zostać użyty przeciwko tobie!

  1. Lena K.
    Kwiecień 17, 2017

    Temat bardzo wazny – jest wiele przypadkow osob bardziej lub mniej znanych, ktorzy wyszli ze swoich zaburzen, nawet tak powaznych i uciazliwych jak zaburzenia osobowosci. Wsrod tych najbardziej znanych z pewnoscia mozna wymienic np prof Marshe Linehan, albo Rachel Reiland. Psychoterapeuci nieraz zapominaja ze jedynym celem pacjentow przekraczajacych prog gabinetu jest wlasnie wyjsc z tych zaburzen i ze zrobiliby wszystko zeby sobie pomoc gdyby tylko wiedzieli co… Jesli terapeuta uwaza, ze pacjent znalazl sie u niego w gabinecie po to zeby utrudniac mu zycie i ze nie da sie pacjenta „wyleczyc”, zagadka pozostaje za co w takim razie bierze pieniadze…

  2. Katarzyna Bogucka
    Kwiecień 18, 2017

    Dziala tu troche podobny mechanizm co w przypadku błedow lekarskich. Konsultujacy lekarz chocby mial swiadomosc, ze kolega popelnil blad rzadko poswiadczy to na pismie bo wie, ze to mogloby narazic go na ostracyzm kolezenski wiec pacjenowi jako laikowi wmawia sie, ze zadnego błedu nie bylo.
    W przypadku terapii wszystko dzieje sie w 4 scianach gabinetu, mamy slowo przeciwko slowu. W relacji terapeutycznej nie ma miejsca na rownosc – tylko pacjent musial zaufac, tylko pacjent opowiadal o trudnych i intymnych kwestiach ze swojego zycia, tylko pacjent jest poddawany diagnozie, tylko jego slowa sa interpretowane. W przypadku doswiadczenia skrzywdzenia, naduzycia przez terapeute, jesli pacjent wnosi to na sesje- te tresci sa znowu poddawane interpretacji przez sprawce krzywdy. Nie bez powodu mowi sie, ze nie mozna byc sedzia we wlasnej sprawie. Jesli terapeuta krzywdzi pacjenta w sposob nieswiadomy- nie bedzie potrafil prawidlowo przyjac slow pacjenta, ktora sa jednoczesnie jego oskarazeniem. Raczej zacznie sie bronic i wtedy natychmiast wykorzysta ta nierownowage, ktora charakteryzuje relacje terapeutyczna. I dodatkowo taki terapeuta ma swiadomosc, ze zaden jego kolega po fachu nie osmieli sie skrytykowac terapii prowadzonej przez niego- bo: nie pozwola mu na to kodeks ptp, bo to jest „zbyt skomplikowane” zeby oceniac na podstawie relacji tylko jednej strony, istnieje wlasnie to domniemanie, ze pacjent jest zaburzony wiec wiarygodosci jego slow jest mala lub rzadna. To jest sytuacja bez wyjscia. Dodajmy jeszcze, ze pacjent po nieudanej terapii nie jest w najlepszej kondycji psychicznej i zwykle nie ma odpornosci psychicznej zeby konfrontowac sie ze sprawca. Zbrodnia doskonala.

  3. Justyna
    Kwiecień 18, 2017

    Panie Tomaszu,
    Dziękuję za to, co Pan robi.

  4. NN
    Kwiecień 26, 2017

    Zdaje się, że niestety zaczynam doświadczać jak to jest być „naznaczonym jako zaburzony”. Proszę mi wierzyć, że to bardzo degradujące. A co się tyczy konfrontacji z terapeutą, to ostatnie spotkania dobitnie pokazały mi jakie to trudne. Teraz sam zaczynam kwestionować swoje zdrowie psychiczne. Czy jestem normalny i kłamano mi prosto w oczy czy jestem paranoikiem lub mitomanem.
    Panie Tomaszu, gdyby miał Pan kiedyś wysłuchać smutnej i chyba ciekawej opowieści, to proszę się ze mną skontaktować.
    Pozdrawiam.

    • NN
      Kwiecień 26, 2017

      Zdaje się, że niestety zaczynam doświadczać jak to jest być „naznaczonym jako zaburzony”. Proszę mi wierzyć, że to bardzo degradujące. A co się tyczy konfrontacji z terapeutą, to ostatnie spotkania dobitnie pokazały mi jakie to trudne. Teraz sam zaczynam kwestionować swoje zdrowie psychiczne. Czy jestem normalny i kłamano mi prosto w oczy czy jestem paranoikiem lub mitomanem?
      Panie Tomaszu, gdyby miał Pan kiedyś chęć wysłuchać smutnej i chyba ciekawej z Pana perspektywy opowieści, to proszę się ze mną skontaktować.
      Pozdrawiam.

      (Przepraszam za błędy – wpis poprawiony)

  5. MM
    Maj 29, 2017

    Temat ciekawy ale tyczy się nie tylko psychologów, psychoterapeutów ale również lekarzy psychiatrów i innych specjalności. Duży problem polega w tej dziedzinie na braku markerów biologicznych stąd nadinterpretacje lub też brak możliwości rozróżnienia światopoglądu od zaburzenia albo przykładowo coś na wzór bezobjawowej schizofrenii w byłym ZSRR. Co do kodeksu etyki psychoterapeuty założenia są zbliżone do KEL, który był krytykowany przez Jana Hartmana ale skończyło się to próbą usunięcia profesora z uczelni. Wszędzie zdarzają się błędy, pomyłki,ale w tych dziedzinach pacjent praktycznie nie ma szans dochodzenia swoich praw. Wiele mądrych głów, dogmatów, teorii co za tym idzie prestiż, pieniądze i pozycja społeczna ale jak coś się stanie czy pójdzie nie tak okazuje się że król jest nagi a pacjent zostaje pozostawiony samemu sobie. Gdy w grę wchodzi ludzkie cierpienie etyka jest kulawa…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on Kwiecień 17, 2017 by and tagged , , .

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 91 obserwujących.

%d blogerów lubi to: