W obronie rozumu

Psychoterapia bez makijażu – Terapia to eksperyment

Następny akt terapeutycznej tragedii wypełniającej książkę „Psychoterapia bez makijażu. Trudne rozmowy o terapeutycznych niepowodzeniach” zawiera fragment rozmowy z Olą, pacjentką, która szukając ulgi w swoim cierpieniu natrafiła na pozbawionego skrupułów psychoterapeutę – uwodziciela. Zachęcam do tej, w gruncie rzeczy, niełatwej lektury!

Terapia to eksperyment

 Im lepiej umiem żyć dzięki terapii tym bardziej chcę-muszę umrzeć.

T. W.: Pani Olu, dziękuję, że zgodziła się pani na rozmowę ze mną. Proszę mi na początek powiedzieć jak długo jest pani w procesie terapeutycznym?

Ola: Na terapiach spędziłam właściwie całe moje dorosłe życie. Mam 30 lat, zaczęłam się leczyć jako 18 latka. Chorowałam na bulimię. Pochodzę z małej miejscowości, za czasów mojej wczesnej młodości nie było w moich okolicach żadnych specjalistów. Pierwsza terapia psychodynamiczna, Więc na sensowną terapię zaczęłam chodzić dopiero kiedy przyjechałam na studia w wieku 19 lat. prawie 8 lat, prawdę mówiąc uratowałyśmy wspólnie moje życie, ważyłam wtedy 36-38 kg. Ale kiedy moje życie zmierzało do zaprogramowanego mieszczańskiego wzorca i terapeutka chciała wsadzić mnie na kozetkę – odeszłam – oczywiście w awanturach. Byłam nowym człowiekiem, już nie bulimiczką ale popierdoloną -za przeproszeniem – neurotyczką.

T. W.: Chce pani przez to powiedzieć, że ta pierwsza terapia wyleczyła panią z bulimii ale jednocześnie wytworzyła nerwicę?

O.: Wyleczyła to za duże słowo. Bulimia wraca i mija, człowiek po prostu tworzy sposoby i taktyki jak z nią żyć wystarczająco dobrze. Miesiącami a czasem latami jest ok. A potem jakaś wpadka. Trzeba to przegadać, znaleźć sposób albo wziąć leki. Ale największym problemem jest neuroza. Nowa osobowość, dziwaczność, nadwrażliwość, neurotyczność. Fala nowych objawów. Nerwica natręctw, jakieś lęki, płaczliwość, skrajny pesymizm, myśli samobójcze, i egocentryzm, rozrost osobowości do granic możliwości, dekadencja, umiejętność słuchania, ciągłego słuchania, i wielka samotność, wszystko na około i nie do zniesienia. No właściwie to był bardzo ciekawy eksperyment intelektualno-emocjonalny, po którym człowiek czuje się gorzej-trochę żartuję a trochę nie. To najważniejsze wydarzenie w moim życiu, potężna ingerencja, wiem że to się mogło stać tylko wtedy, kiedy byłam cieniem człowieka w pędzie autodestrukcji. I za ten nowy nawyk analitycznego myślenia i przenikliwości i umiejętności grzebania w swojej głowie jak w kablach trzeba zapłacić haracz w postaci neurozy, dygotu. Ja jestem w ciągłym dygocie, nieustannej konfrontacji od czasu zerwania z moją analityczką.

T. W.: Czy ta zmiana została świadomie zaplanowana i przeprowadzona przez terapeutkę?

O.: Nie wiem do końca. Ewidentnie chciała mojego szczęścia pod koniec, to mnie niepokoiło. Kozetka i taka nauczycielska troska, która się pojawiła w niej bardzo mnie zaskoczyła wtedy pomyślałam, że działa według jakiegoś planu, dlatego odeszłam. ale to był tylko ten jeden moment. Przez poprzednie lata nigdy tego w niej nie widziałam.

T. W.: Uciekła pani zaniepokojona troską o pani szczęście?

O.: Raczej wizją, konkretną wizją szczęścia. Np.: dlaczego spotykam się z facetem który nie może mi pomóc finansowo i zapłacić za sesję na kozetce i jeszcze do tego ma dziecko i musi płacić alimenty? To czy ja wybieram takiego mężczyznę podświadomie, który nie będzie mnie wspierał…itp itd. Nagle całe moje życie zaczęło kręcić dookoła kozetki i dodatkowych sesji. Dlaczego np.: nie chcę poprosić o pomoc finansową mojego prawie 100 letniego dziadka – pytała moja terapeutką. No a ja nie chciałam eksploatować rodziny tylko po to żeby iść na kozetkę. No więc dlaczego nie chcę iść do pracy w której więcej zarobię, jedyną szansą wówczas byłaby dla mnie korporacja. A ja nie chciałam do korporacji. Chciałam się rozwijać, pisać. No więc terapeutka kazała mi się zastanowić dlaczego jakiś wyimaginowany rozwój jest ważniejszy niż ten konkretny rozwój w gabinecie itd. Kozetka opętała moją terapeutkę.

T. W.: Kozetka, czy dochody z niej czerpane?

O.: Nie wiem. Wydaje mi się, że kozetka. Myślę, że gdyby chodziło o pieniądze walczyłaby o to żebym została na dwóch sesjach w tygodniu kiedy widziała, że chcę odejść pod wpływem nacisku na trzy.

T. W.: Mówi pani o tej kozetce w sensie metaforycznym, czy dosłownym, tak jak jest ona rozumiana w psychoanalizie?

O.: Nie, mówię o kozetce w sensie dosłownym.

T. W.: Jak terapeutka zareagowała na pani decyzję o przerwaniu terapii?

O.: Kiwała głową w kierunku góra dół i marszczyła brwi a potem bez końca pytała dlaczego nie chcę czegoś co przecież wiem, że jest dla mnie dobre. A jak mówiłam, że nie przyjdę za tydzień to odpowiadała: będę na panią czekać za tydzień. A jak ja mówiłam: może pani czekać, ale ja nie przyjdę. To ona odpowiadała: to pani godzina, będę na panią czekać.

T. W.: Jak się pani wtedy czuła?

O.: Czułam, że się zapędziła, że została przekroczona granica z jej strony. Poczułam jakbym była u surowej matki, która mówi, że wie lepiej. Pomyślałam, że jej trochę odbiło. Byłam wściekła wtedy. Czułam, że chce mnie zmusić, wywrzeć presję. Ale dziś nie wspominam tego tak katastroficzne. Chociaż miałam takie etapy kiedy zastanawiałam się czy ona nie miała racji, że widziała we mnie coś czego ja nie widziałam i chciała dobrze. Ale po roku, może półtora te wątpliwości minęły.

T. W.: Co było potem?

O.: Trafiłam do terapeutów : behawioralnego, NLP, procesu – łącznie 2 lata. No i do psychiatry- 2 lata. Mając lat 29, miałam dobrą pracę, 3 letni związek.

T. W.: Domyślam się, że te trzy terapie ocenia pani zatem pozytywnie?

O.: Behawioralna i proces były bardzo ok. Behawioralną prowadziła dziewczyna chyba niewiele starsza ode mnie, to było dla mnie ważne, wsparcie kogoś młodego, zastąpiła mi siostrę chyba. Ale wypełnianie tabelek po takiej analitycznej terapii to brzmi jak żart. Ale dopasowałam się z ciekawości.

T. W.: Ile czasu trwała ta terapia?

O.: Siedem miesięcy.

T. W.: Z jakiego powodu pani ją przerwała?

O.: Nie przerwałam, skończyłyśmy za porozumieniem stron. Nic się nie pojawiało. Nie miałam nic do wniesienia. Nie było chyba jakiejś pełnej satysfakcji ale rozmawiałyśmy, że udało nam się coś zrobić to było cenne i to było na ten czas wszystko co mogłyśmy zrobić. Więc pożegnałyśmy się.

T. W.: Rozumiem, a terapia procesowa?

O.: Proces prowadziła taka działaczka ruchu pro kobiecego, to było super, była taką akceptującą macicą. Zarówno od tej poprzedniej, jak i tej wiele dostałam, tak jakby coś na drogę. No i nie zdzierały kasy.

T. W.: A jest pani w stanie sprecyzować co to takiego było, co pani dostała od nich?

O.: Chyba wsparcie kobiet, miałam w życiu tego bardzo mało. Żyłam przez wiele lat w potężnym deficycie kobiet, wręcz we wrogości, patologicznych relacjach z kobietami, w odrzuceniu przez kobiety. One mi pomogły w konkretnych zagadnieniach, bo z jedną i drugą zajmowałam się konkretnym problemem, dały mi dużo czasu i przestrzeni na rozpacz dotyczącą konkretnej rzeczy z mojej przeszłości. Można powiedzieć, że załatwiłam temat. Z jedną moją opiekunkę, która mnie zostawiła bez słowa z drugą byłą partnerką mojego faceta.

T. W.: A terapia NLP?

O.: NLP wydało mi się dość nieprzyzwoite, kiedy terapeutka kazała mi wypełniać moją mamę w wyobraźni kolorem czerwonym to pomyślałam, że to jednak przekracza granice przyzwoitości.

T. W.: Dlaczego?

O.: Bo miałam stworzyć od nowa swoją przeszłość. Stworzyć ze swoich marzeń i potrzeb nową mamę i napełniać ją kolorami, które budzą konkretne skojarzenia, nadawać jej nową twarz, nową fryzurę, nowe ubrania itp. No zmieniać przeszłość tak dosłownie po to żeby być szczęśliwym? Bo rozumiem, że mam samą siebie oszukać. To przesada.

T. W.: Po jakim czasie przerwała pani tę terapię?

O.: Po 6-7 sesjach.

T. W.: I głównym powodem było to, że terapeutka zmuszała panią do samooszukiwania się?

O.: Nie zmuszała mnie, to była po prostu jej metoda. Powiedziałam, że dla mnie to jest po prostu niemoralne. Miała kilka innych propozycji ale dość podobnych właściwie więc zrezygnowałam, NLP to taka usługa więc ta rezygnacja to właściwie wyglądało jak oddanie spodni w sklepie, które nie leżą.

T. W.: Wspominała pani też coś o psychiatrze. Czy te dwa lata u psychiatry to też była psychoterapia?

O.: Do psychiatry chodzę nadal. Też byłam u kilku na przestrzeni lat. Nie, to nie były terapie. Ale raz trafiłam do psychiatry, który był jednocześnie psychoanalitykiem. Bardzo mnie to rozbawiło. Swoją drogą straszny arogant, bardzo znany terapeuta w Warszawie. Nieprawdopodobny buc.

T. W.: Skąd aż tak brutalna ocena tego człowieka?

O.: Bo przytyłam po lekach. Sporo – 8 kg w dwa miesiące, a bardzo pilnowałam żeby nie przytyć. I byłam zła, przygnębiona i nie mogłam tego znieść. A on mówił, że to niemożliwe, że się nie tyje po antydepresantach. Mówiłam mu, że niech poczyta fora, że wszędzie ludzie piszą, że się tyje niestety. On na to, że ja go oskarżam, że on chciał żebym ja przytyła i żebyśmy się temu przyjrzeli. Odmówiłam przyglądaniu się temu. No i powiedział, że może przytyłam z innego powodu. Zapytałam z jakiego, on na to, że nie wie, po prostu to mu przyszło do głowy. Po chwili zapytał ile jestem w związku, mówię że mniej więcej 2 lata, no to powiedział, że pewnie dlatego, że przyszła pierwsza faza stabilizacji w związku i dlatego przytyłam. I tym sposobem wybrnął – poradził sobie z tym, że zapomniał, że w skutkach ubocznych tego leku jest napisane, że się od nich tyje.

T. W.: Z tego, co pani mówi wnioskuję, że kontakt z psychiatrami był pani potrzebny, aby wspomagać psychoterapię lekami?

O.: Psychiatrzy to chyba inaczej nazywają tzn., że leczenie farmakologiczne wspomaga się terapią.

T. W.: Jakkolwiek to nazwiemy, czy to połączenie psycho- i farmakoterapii odbywało się za porozumieniem psychiatry i psychoterapeuty?

O: Tak.

T. W.: I jakie to dawało efekty?

O.: Hmm, kilka razy odstawiałam leki, bez nich rzeczywiście jest gorzej. Mam ten syndrom, że kiedy czułam się lepiej albo po prostu ok to odstawiałam leki bo myślałam, że ich nie potrzebuję no i okazało się, że jednak czuję się lepiej dzięki nim między innymi. Dziś mam za sobą wiele prób, dużo leków w historii diagnostycznej. Nie mam złudzeń co do leków. Stabilizatory nastroju to rzeczywiście dobry wynalazek.

T. W.: Coś jednak pchało panią do kolejnego gabinetu psychoterapeutycznego?

O.: Tak, bo radziłam sobie z bulimią ale zaczęłam się ciąć.

T. W. Czy te samookaleczenia pojawiły się wtedy po raz pierwszy?

O.: Nie, pierwsze cięcie się było jak miałam 22 lata, ale to był pojedynczy epizod. Wróciły dopiero po latach nie jako epizod ale fala, to właśnie z tego powodu trafiłam do terapeuty gestalt. Po moim wieloletnim doświadczeniu wydawał mi się wystarczająco przekonujący i silny żeby dźwignąć mnie i moją historię. Niemal od razu był pod wrażeniem mojej osoby. Był inteligentny i zabawny, ironiczny. Bardzo przenikliwy i elegancki. Powiedział, że jeśli będę chciała się ciąć to mam do niego dzwonić nawet w środku nocy. nie dzwoniłam ale pisałam smsy, nawet o 5 rano, zawsze odpisywał po kilku minutach. pisał nawet fragmenty prozy Cortazara porównując mnie do Kronopii – nie wiem, to jakieś delikatne niewinne istoty, które tańczą i wszyscy lubią na nie patrzeć. Byłam pewna, że mnie uwodzi. Był bardzo blisko mnie. Nie rozumiałam tego. Po kilku miesiącach powiedziałam, że zakochałam się w nim i uważam, że powinnam zmienić terapeutę. On stwierdził, że to chwilowe i absolutnie nie powinniśmy nic zmieniać.

T. W.: Uwierzyła mu pani?

O.: Tak, zaczęłam się stroić, chodzić w szpilkach, flirtować przez sms-y, na co on odpowiadał, na przykład, jak świetnie wyglądam albo, że mam twarz jak lalka z porcelany i, że jestem piękną kobietą…

Ciąg dalszy rozmowy z Olą w książce, która ukaże się drukiem w pierwszej połowie 2018 roku. 

W poprzednich wpisach zamieściłem:

Reklamy

4 comments on “Psychoterapia bez makijażu – Terapia to eksperyment

  1. John
    Sierpień 14, 2018

    Naiwne i jednostronne pytania prowadzącego wywiad, wiele mówią o jego nieznajomości terapii i ludzkiej psychiki.

  2. John
    Sierpień 14, 2018

    T.W. zupełnie nie nadąża za tym, o czym mówi jego rozmówczyni. Szuka „planowo” zafundowanej komuś nerwicy – podczas, gdy ona mówi o przejściu z głębszych objawów bulimicznych na neurotyczne. Szuka nadużyć finansowych – gdy rozmówczyni mówi o elementach procesu terapeutycznego. Nie rozumie dlaczego pacjentka przestraszyła się troski – chciałby zapewne, aby powiedziała o braku troski. Klientka mówi o załamaniu się procesu terapeutycznego i swoich głębszych przeżyciach, których nie ma gdzie pomieścić, a T.W. słyszy o nadużyciach, niekompetencjach… Dobry przykład rozmowy dwojga „ludzi z innych planet”.

    • Tomasz Witkowski
      Sierpień 15, 2018

      Dziękuję za wyczerpującą ocenę – od lat otrzymuję ich naprawdę wiele i zupełnie bezpłatnie. Ta jest świetnym przykładem głębokiej wiary oceniającego, że JEGO interpretacja wypowiedzi pacjentki jest jedyną prawdziwą. Szczerze zazdroszczę tego przekonania i równie szczerze współczuję pacjentom, którzy na Panią/Pana trafią…

      • John
        Wrzesień 18, 2018

        Dziękuję za tę odpowiedź. Wyraźnie pokazał Pan wszystkim jak „wielu” danych Pan potrzebuje by sformułować swoją ocenę terapeuty.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Reklamy

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 116 obserwujących.

%d blogerów lubi to: