W obronie rozumu

Psychoterapia bez makijażu – Psychoterapia jest religią

Czy terapia jest religią, czy raczej subtelną manipulacją? Czy może zniszczyć życie i pasję młodego zdrowego człowieka? W jaki sposób myślenie kategoriami terapeutycznymi przenika nasz umysł? Jakie to niesie ze sobą konsekwencje? To tylko niektóre z niezwykle intrygujących pytań poruszonych podczas kolejnej mojej rozmowy z pacjentem. Już dzisiaj można przeczytać jej fragment w postaci kolejnej odsłony mojej nowej książki „Psychoterapia bez makijażu. Rozmowy o terapeutycznych niepowodzeniach”. Zapraszam do lektury!

Psychotherapy, To Listen, Talk, Thread, Hand, Drawing

Psychoterapia jest religią

Gdyby nie romans z psychoterapią byłbym w zupełnie innym miejscu w życiu, w miejscu, do którego nigdy już nie dotrę, bo nie da się cofnąć czasu.

T. W.: Poznaliśmy się dość nietypowo, bo zwróciłeś kiedyś uwagę na moje błędy w krytyce wykorzystania mediany w badaniach nad przeżywalnością pacjentów chorych na raka, o których pisałem w II tomie Zakazanej psychologii. Dopiero dużo później dowiedziałem się, że uważasz się również za ofiarę terapii. Myślę jednak, że twoja sytuacja zupełnie nie przystaje do sytuacji osób, z którymi prowadziłem dotychczas rozmowy.

Michał H.: Tak, jestem ofiarą psychoterapii, chociaż zdaję sobie sprawę, że udowodnienie tego graniczy z niemożliwością. Psychoterapia jest iluzją tak powszechnie akceptowaną i uświęconą, że próba ukazania tej iluzji może być równie trudna jak przekonanie na przykład wszystkich katolików, że żyją ułudą.

T. W.: Chcesz przez to powiedzieć, że uważasz psychoterapię za religię?

M. H.: Ona jest religią, choć nie ma w niej osobowego boga i innych elementów ludycznych, są za to dogmaty, rytuały i inne elementy, które sprawiają, że jest religią w sensie doktrynalnym i rytualnym.

T. W.: W 1977 r. Paul Vitz opublikował książkę zatytułowaną Psychology as Religion, w której dowodził, że „selfism” (jak nazwał dominujący trend w psychologii) zastąpił religię. Z kolei William Epstain napisał książkę Psychotherapy as Religion. Czy takie rozumienie psychoterapii masz na myśli?

M. H.: Nie znam tych książek, ale chętnie je przeczytam. Ja do swoich wniosków dochodziłem sam, doświadczając wszystkiego na własnej skórze i słono za to płacąc. Dużo później przeczytałem jeszcze drugi tom Zakazanej, w której jednoznacznie określiłeś rytualno-religijny charakter psychologii i wywodzących się z niej terapii.

T. W.: Kiedy się zna twoją sytuację, trudno wyobrazić sobie, w jaki sposób psychoterapia uczyniła z ciebie ofiarę – dobrze zarabiający konsultant w renomowanej firmie doradczej, świetne perspektywy, szczęśliwa rodzina, zdrowy i wysportowany, czego jeszcze można więcej chcieć od życia?

M. H.: Gdyby nie romans z psychoterapią byłbym w zupełnie innym miejscu w życiu, w miejscu, do którego nigdy już nie dotrę, bo nie da się cofnąć czasu i odzyskać zmarnowanych lat.

T. W.: Tak może powiedzieć każdy z nas wskazując na jakąś zewnętrzną przyczynę – chorobę, rodzinę czy miejsce urodzenia. Czy to nie jest zwykłe szukanie wymówek?

M. H.: Nie, gdybym ich szukał, robiłbym to na co dzień i nie występowałbym anonimowo. Od żadnego z moich znajomych, członków rodziny czy współpracowników nie dowiesz się, że Michał usprawiedliwia swoją zmarnowaną przeszłość. Wprost przeciwnie, większość z nich, podobnie jak ty uważa, że nie mam najmniejszych powodów do narzekania.

T. W.: Co zatem chcesz osiągnąć poprzez tę rozmowę?

M. H.: To samo, co prawdopodobnie ty robisz pisząc swoje książki – dać szansę przejrzenia na oczy tym, którzy stoją na progu i jeszcze go nie przestąpili lub pomóc otrząsnąć się tym, którzy już wtopili.

T. W.: Zacznijmy zatem od początku, jak wyglądał twój pierwszy kontakt z psychoterapią?

M. H.: Żeby to dobrze przedstawić muszę ci trochę o sobie z tamtego czasu opowiedzieć. Zawsze byłem troszkę nerdem. Nie jakimś kompletnym odludkiem, w miarę poprawnie funkcjonowałem w szkole, dawałem radę w sporcie, ale zawsze wolałem książki, kontakt z jakąś głębszą myślą, lubiłem szukać odpowiedzi na trudne intelektualnie pytania. Moi koledzy umawiali się na pierwsze randki, spędzali czas na imprezach, poznawali swoje pierwsze dziewczyny, a ja w tym czasie pracowałem. W rezultacie zająłem znaczące miejsca w kilku olimpiadach przedmiotowych, potem dostałem prestiżową nagrodę za swój licencjat, ale coraz częściej słyszałem uwagi, że jestem inny, że brakuje mi kompetencji społecznych. Nie chodziło tu nawet o kontakty z płcią przeciwną, tutaj już w międzyczasie coś zaczęło się dziać, dawano mi po prostu do zrozumienia, że jest to moja słaba strona.

T. W.: I z tego powodu udałeś się na trapię?

M. H.: Nie, nie tak szybko. Z tego powodu postanowiłem wziąć udział w warsztatach doskonalących umiejętności komunikacji. Wiesz, taka fajna rozwojowa sprawa w gronie rówieśników, ale oczywiście warsztaty prowadził terapeuta. Oni są zresztą wszędzie, podobnie jak kiedyś agenci bezpieki. Czy zapisujesz się na kurs doskonalenia komunikacji, czy zamawiasz dla firmy szkolenie ze sprzedaży lub zarządzania, w CV prowadzącego znajdziesz informację, że zajmował lub zajmuje się psychoterapią albo jest psychologiem klinicznym. A jeśli nie, to został przez takich wyszkolony i przygotowany do pracy z ludźmi. Obłęd!

T. W.: No, ale to jeszcze nie jest powód, aby mówić źle o terapii i krytykować terapeutów!

M. H.: Niezupełnie, bo fakt, że oni są tak wszędobylscy może świadczyć o tym, jak są ekspansywni w zajmowaniu kolejnych nisz rynkowych. To, że szkolenia ze sprzedaży są prowadzone przez psychologów a nie przez doświadczonych sprzedawców świadczyć może o tym, że ci pierwsi przekonali klientów kupujących takie szkolenia, że są do tego zadania bardziej predystynowani. Mało tego, jeśli pogadasz z trenerami, którzy prowadzą szkolenia, a nie są psychologami, to przekonasz się, że większość z nich ma kompleks braku wykształcenia psychologicznego, a wielu podejmuje studia zaocznie albo robi jakieś podyplomówki. W mojej firmie spotykam się z tym na co dzień. To również dowód na to z jaką siłą perswaduje się ludziom znaczenie psychologii.

T. W.: To może być również dowód na rzeczywistą wagę wykształcenia psychologicznego.

M. H.: Chyba żartujesz? Mówisz tak, jakbyś to nie ty był autorem dwóch tomów Zakazanej psychologii, prowokacji w Charakterach i innych działań, które pokazują słabości tej wiedzy!

T. W.: Zostawmy na razie kwestię domniemanej sprawności marketingowej psychoterapeutów i psychologów, może powrócimy do niej później, tymczasem porozmawiajmy o dalszym ciągu twojej historii, bo nasi czytelnicy mogą pogubić się w nadmiernych dygresjach. Co takiego wydarzyło się podczas tych warsztatów?

M. H.: Podczas samych warsztatów nic takiego, co utkwiłoby mi w pamięci. Ot, fajna zabawa, czasami może nieco zbyt infantylna, przynajmniej jak dla mnie.

T. W.: Gdzie tu więc początek psychoterapii?

M. H.: W ramach opłaty za warsztat, każdy miał możliwość odbycia godzinnej sesji feedback-owej z prowadzącym i ja z tej możliwości skorzystałem.

T. W.: I?

M. H.: Wyobraź sobie dwudziestoparoletniego chłopaka, który spotyka się z dojrzałym mężczyzną posiadającym ileś tam certyfikatów wiszących na ścianie, uznanym za autorytet w swojej dziedzinie, zdystansowanym do rzeczywistości niczym Budda, panującym perfekcyjnie nad emocjami, z ogromną troską zaglądającym ci do duszy.

T. W.: Cóż takiego zrobił ów mężczyzna podczas tej godzinnej sesji?

M. H.: Najśmieszniejsze jest to, że wówczas, po rozmowie, z perspektywy chłopaka interesującego się fizyką i chemią, powiedziałbym, że nic takiego, nic ważnego, ale dzisiaj po dziesiątkach lektur na ten temat, po szkoleniach, w których uczestniczyłem i z całym moim doświadczeniem, jakie zdobyłem, wiem, że był to majstersztyk manipulacji, które pchnęły mnie w ten religijny obłęd, z którego dopiero parę lat temu się ocknąłem.

T. W.: Na czym te manipulacje polegały?

M. H.: Na wykorzystaniu siły swojego autorytetu do wzbudzenia we mnie niepokoju. Ja byłem w jego gabinecie zupełnie bezbronny. Jego wiedzę traktowałem jako tak samo pewną, jak fizykę, czy chemię, którymi się pasjonowałem. Otoczenie wmawiało mi, że coś ze mną jest nie tak, a on nie przeczył, zadawał dodatkowe, niepokojące pytania. Niektóre moje pytania pozostawiał bez odpowiedzi, co też zastanawiało. A przy tym wszystkim nie wywierał na mnie jakiejkolwiek presji, nic nie sugerował, na bezpośrednie pytania o radę jak zdarta płyta odpowiadał, że to jest moje życie i tylko ja za nie odpowiadam. Pewnie dokładnie tak czują się pacjenci, u których zdiagnozowano jakąś okropną chorobę, a lekarz robi wszystko, aby nie mówić o istocie diagnozy. Jego informacje zwrotne dotyczące moich zachowań podczas warsztatów były zdawkowe i powierzchowne. Miałem wrażenie, że przy pomocy swojej wiedzy prześwietlił mnie, zobaczył we mnie jakąś okropność, a jedynie jakość tego prześwietlenia powodowała, że zadawał dodatkowe pytania, aby upewnić się z czym dokładnie ma do czynienia. Po wyjściu z gabinetu byłem tak skołowany, że nawet nie pamiętam jak wróciłem do domu.

T. W.: Co było dalej?

M. H.: Ze swoim zacięciem do książek zacząłem sam szukać odpowiedzi na pytanie, co jest ze mną nie tak. Wpadły mi w ręce jakieś podręczniki psychiatrii, neurologii, zacząłem stawiać sobie diagnozy i, pewnie wiesz doskonale, jak to jest, odnalazłem w sobie całe mnóstwo „zaburzeń”. Im dalej w las tym było gorzej. W końcu po wielu dniach otrząsnąłem się nieco i postanowiłem poszukać odpowiedzi u źródła, czyli wrócić do niego. Umówiłem się na prywatną wizytę. To był drugi fatalny krok w moim życiu.

T. W.: Dlaczego?

M. H.: Naczytawszy się wcześniej podręczników diagnostycznych poprosiłem go o postawienie diagnozy. Chciałem to po prostu mieć za sobą i jeśli coś było nie tak, zabrać się za naprawienie tego. Tymczasem zamiast diagnozy usłyszałem, wykład na temat różnic w leczeniu dolegliwości somatycznych i psychicznych, dowiedziałem się, że do uzyskania pewnego poziomu samoświadomości, który można uznać za tożsamy z diagnozą, potrzebna jest praca na procesie i że wymaga to dłuższego czasu, że on podchodzi do takich spraw holistycznie. Na konkretne pytania, co powinienem zrobić odpowiadał mgliście, że może zaproponować rozpoczęcie procesu terapeutycznego, który może doprowadzić mnie do takiego poziomu samoświadomości, ale że to oczywiście musi być moja samodzielna i autonomiczna decyzja. A wszystko to robił z takim namaszczeniem, spokojem i dystansem, że miałeś wrażenie, że jesteś małym miotającym się zwierzątkiem u boku jakiegoś olbrzyma. Przy tym znowu, żadnej perswazji sprzedażowej, która mogłaby obudzić moją czujność, żadnych obietnic. Gdybym wziął do ręki wszystkie kodeksy etyczne psychoterapeutów jakie kiedykolwiek napisano, to prawdopodobnie nie udałoby mi się znaleźć jednego gestu, jednego wyrażenia, które byłyby z nimi niezgodne. Ja myślę, że nawet on sam wierzył we własną doskonałość.

T. W.: Rozpocząłeś ten proces?

M. H.: A ty byś nie rozpoczął?…

Ciąg dalszy rozmowy z Michałem H. w książce, która ukaże się drukiem w pierwszej połowie 2018 roku. 

W poprzednich wpisach zamieściłem fragment rozmowy z pacjentem oraz z prof. Jerzym Aleksandrowiczem, w którym omawialiśmy problemy poruszone przez pierwszego pacjenta. Następnie opublikowałem  fragment rozmowy z pacjentką Paulą i rozmowę z Mają Filipiak komentującą przypadek Pauli. Trzeci przypadek został omówiony w rozmowie przeprowadzonej z Andrzejem Śliwerskim – psychoterapeutą behawioralno-poznawczym. Kolejne odsłony wkrótce!

Reklamy

6 comments on “Psychoterapia bez makijażu – Psychoterapia jest religią

  1. michal2
    Marzec 22, 2018

    Rety. Przecież to jest stek bzdur. O czym ten koleś mówi? To chyba jakaś chęć zaistnienia. Jakaś masochistyczna potrzeba bycia ofiarą psychologii.

    Zero jakichkolwiek konkretów, tylko wrażenia. Czy to że ktoś na mnie robi wrażenie, może być zarzutem?

    • Tomasz Witkowski
      Marzec 22, 2018

      Potrafi Pan ocenić człowieka i jego motywy na podstawie małego fragmentu rozmowy z nim? Jak to się robi? Gdzie tego uczą? Ja rozmawiałem z tym człowiekiem wiele godzin i nie odważyłbym się na – w części nawet – tak jednoznaczną ocenę. No, ale ja w końcu studiuję psychologię dopiero 35 lat, pewnie jeszcze wiele przede mną…

      • michal2
        Marzec 29, 2018

        Przeczytałem po prostu ten fragment:). Tak. Nie znam tego Pana. Nie wiem nic więcej na jego temat. No ale takie wrażenie wyniosłem po przeczytaniu tego fragmentu. W tym fragmencie rozmowy nic konkretnego nie padło….stąd mój komentarz. Może zbyt daleko idący, może pochopny. W zasadzie to nie mam większego problemu z byciem w błędzie w tej kwestii, bo to zwyczajnie nie moja sprawa.

  2. naduzyciapsychoterapii
    Marzec 22, 2018

    Też jestem ” ofiarą psychologii „. I nie chodzi o psychologię, a o psychoterapię ( Panie michal2 ) Masochistycznie ( a jakże) się chociaż wypowiem w komentarzu. Bo racjonalnie to tego typu wypowiedzi jak michal2 powinny być spamowane z uwagi na brak jakiejkolwiek treści merytorycznej. Żal – ze tyle tylko społeczeństwo ma do powiedzenia na problem de facto społeczny nadużyć w psychoterapii.

    • michal2
      Marzec 29, 2018

      Nie wiem co mam w sumie powiedzieć. Dziwią mnie te głosy krytyki. No przecież tam są pytania i odpowiedzi:). Ja to po prostu przeczytałem. Jeśli jest charakterystyka tego Pana, która wygląda tak, że ma :rodzinę, zdrowie, pracę itd….a w odpowiedzi na to nie pada żaden konkret….no to nie pada. Może nie potrzebnie wypowiadałem opinię i przypisywałem jakieś cele osobie z która był wywiad. No jednak z tego, że nie dostrzegam konkretów przeciw terapii się nie wycofuję. Jest tam raczej o przebiegłym wpychaniu człowieka w terapię, ale słów o jej szkodliwości znaleźć nie potrafię. Może niedokładnie czytam, ale nie ma tam konkretów dotyczących szkodliwych skutków terapii poza „byłbym w innym miejscu”..Choć rozumiem, że chodzi o stracone lata i formę stagnacji, co na pewno też może być problemem. Tym bardziej jeśli człowiek jest ambitny i nastawiony na karierę w jakimś kierunku.

  3. michal2
    Marzec 29, 2018

    Ok. Może przesadziłem z tym swoim komentarzem o steku bzdur itd…Może to się bierze z tego, że sam myślę ciągle o podobnych sprawach i sam mam pewnego rodzaju problem i emocje wzięły górę i przesadziłem z krytyką. Jej forma była też dość prostacka. Mój błąd. W zasadzie nie wiem nic z sprawie, o człowieku…i zbyt pochopnie przypisuję jakieś dziwne intencje człowiekowi, którego nie znam. W zasadzie nie było to moją intencją i może trzeba było elokwentniej wyrazić swoje zdanie. Zwłaszcza ten fragment o tym, że człowiek sobie radzi dobrze w życiu jakoś może na mnie zadziałał.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Reklamy

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 116 obserwujących.

%d blogerów lubi to: