W obronie rozumu

Primum non nocere w psychoterapii

Po pierwsze nie szkodzić – jedna z najbardziej bezwarunkowo akceptowanych zasad, jakie podziela ludzkość, przynajmniej w obszarze interwencji zdrowotnych. Studentom medycyny wbija się tę maksymę do głów od pierwszych zajęć. Jest tak wszechobecna, że przyjęło się ją traktować jako część przysięgi Hipokratesa, choć nigdy nią nie była, a i jego autorstwo bywa dość stanowczo poddawane w wątpliwość.[1]

Kiedy zastanowić się nad nią głębiej, okazuje się być nie tylko nieludzko trudną do realizacji ale i w pewien sposób okrutną. Oto lekarz, psychoterapeuta, fizjoterapeuta czy ratownik medyczny stają przed cierpiącą osobą wymagającą pomocy, czasami natychmiastowej i zanim jej udzielą muszą wziąć pod uwagę wszelkie okoliczności, uwzględnić całą swoją wiedzę aby mieć całkowitą pewność, że nie zaszkodzą. A jeśli się zawahają? Jeśli nie mają całkowitej pewności? Czy powinni powstrzymać się od działania? Zasada mówi twardo – tak. Nieczynienie szkody ma pierwszeństwo przed czynieniem czegoś, co może przynieść pomoc, ale co niesie ze sobą zbyt duże ryzyko szkody. Czasem więc w zgodzie z zasadą primum non nocere powinniśmy powstrzymać się od udzielenia pomocy cierpiącemu człowiekowi. W myśl tej zasady niedziałanie jest lepsze od działania pochopnego, niepewnego.

A jednak, kiedy przyjrzeć się praktykom medycznym okazuje się, że w miejsce tej naczelnej zasady wkracza inna, przeciwna do niej – melius anceps remedium quam nullum – lepsze niepewne lekarstwo niż żadne. Niosący pomoc wolą zrobić cokolwiek niż nic. A nuż przyniesie to ulgę w cierpieniu? Motywy, które kierują ludźmi skłaniającymi się do tej drugiej zasady bywają różne. Mogą próbować coś zrobić inspirowani czystym współczuciem lub presją ze strony pacjenta. Może popychać ich do tego nacisk otoczenia, żądania rodziny chorego lub nawet przełożonych. Czasami napędza ich awersja do bezradności, którą odczuwają powstrzymując się od działania lub potrzeba potwierdzenia własnych kompetencji i poczucia własnej, zawodowej wartości. Nierzadko też stoją za tym pobudki ekonomiczne – wszak pacjenci chętniej wracają do lekarza, terapeuty, który zrobił cokolwiek, przepisał jakikolwiek lek, zastosował jakąkolwiek interwencję, niż do takiego, który rozłożył ręce twierdząc, że w tej sytuacji nie ma pewnej, sprawdzonej metody i on w myśl zasady primum non nocere, nie może się podjąć leczenia.

Więcej na ten temat w artykule mojego autorstwa:

The Primum non nocere principle in psychotherapy: A science based approach

opublikowanym w:

 

[1] https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/15778417

Reklamy

7 comments on “Primum non nocere w psychoterapii

  1. sky
    Sierpień 1, 2018

    Kłaniam się,
    Spiesząc donieść, że artykuł oparty jest dogmatycznie na zdezaktualizowanym anachronizmie, starożytnym micie „primum non nocere”. Pierwsze zdanie jest nieprawdziwe, niedorzeczne. Od początków XIXw. medycyna notuje niebywały swój rozwój właśnie dzięki temu, że potrafiła rozstać się sprawnie ze szkodliwym mitem „primum non nocere”. Cała medycyna zabiegowa, wszystkie działy chirurgii bez wyjątku oraz wiele innych dyscyplin np. chemioterapia i radioterapia nowotworów (nie tylko) zasadza się na zasadzie „primum nocere pro bono aegroti, salus aegroti suprema lex esto”. Najpierw TRZEBA „zaszkodzić”, naruszyć ciągłość powłok, uszkodzić tkanki (jaknajmniej, ale zawsze) w celu osiągnięcia odroczonych korzyści, nieosiągalnych mniej inwazyjnymi metodami, wyważając zarówno skutki bezczynności jak i ryzyko zabiegu czy niedogodności okresu rekonwalescencji. Artykuł Pana Dr. oparty jest na fałszywym założeniu kardynalnym i jako taki zwyczajnie logicznie fałszywy. Pozdrawiam serdecznie T.S.

    • Prof X
      Sierpień 1, 2018

      Szanowny Panie TS. Nie wiem kto panu tych pierdół nawciskał, ale zasada aby przede wszystkim. Ie szkodzić jest podstawowym fundamentem medycyny ma świecie. Jest nauczana w szkołach medycznych na całym świecie. Jest praktykowana (albo – powinna być) przez lekarzy na całym świecie.
      Naruszenie ciągłości tkanek bez powodu (ryzyko większe niż spodziewany pozytywny rezultat) jest bezpodstawnym naruszeniem nietykalności drugiego człowieka. Działanie w celu zaszkodzenia innej osobie jest karalne!
      Owszem – często procedury medyczne / leki / terapie niosą ze sobą pewnie ryzyko, ale warunkiem ich zastosowania u ludzi jest to, ze przynoszą więcej pożytku! Rachunek ryzyka i korzyści (tzw: benefit-risk-ratio) jest fundamentem dopuszczenia leków i procedur do użycia. To co może potencjalnie zaszkodzić – wymaga wizyty u lekarza w celu oceny ryzyka i korzyści dla pacjenta. Diagnostyka i dobór terapii jest oparty o zasadę PNN. Nie wolno poddawać ludzi ryzykownej terapii, jeśli jej zastosowanie jest bardziej niekorzystne dla pacjenta niż brak interwencji!

      • sky
        Sierpień 3, 2018

        Czcigodny Panie Prof. X,

        Ton Pana wypowiedzi poddaje w wątpliwość znajomość KEL, a jej treść również znajomość języka łacińskiego 😉 którego nauka, przynajmniej w podstawowym zakresie obowiązywała zarówno lekarzy jak i humanistów 😉

        Znajomość osobistą „szkół medycznych” „na całym świecie” i „praktyki lekarskiej” ośmielam się zatem poddać w wątpliwość.

        Zasadę „primum non nocere” kwestionowano w historii medycyny wielokrotnie, jako błędną wobec konieczności „zaszkodzenia” niekiedy choremu najpierw, aby przeprowadzić niezbędny, inwazyjny zabieg.
        Echa tego szkodliwego anachronizmu przewijają się w wielu miejscach – od znamiennego „kamienia z pęcherza nie usunę” w historycznej Przysiędze Hippokratesa (w uwspółcześnionym brzmieniu: „Nie będę operował chorych na kamicę, pozostawiając to ludziom zawodowo stosującym ten zabieg.”) – skutecznie sekując pzez wieki chirurgów (cyrulikow, balwierzy) poza „eleganckie towarzystwo lekarzy” aż po współczesność, gdzie stanowi modus operandi wielu odmian szalatanerii (rzekomo „ratującej spod skalpela”).

        Pojęcie „primum” zasadza się nie tylko na znaczeniu „przede wszystkim”, które miałoby wówczas być może sugerowane (niepoprawnie) bilansowanie zysków i strat, ale w znaczeniu zasady najwyższej rangi, czyniąc z „nieszkodzenia” dogmat, nakaz unikania jakiegobądźkolwiek „ryzyka” wyrządzenia choremu szkody. Jest to podejście błędne.

        Głupia ta zasada i zła (fałszywa) pokutowała przez stulecia, wymuszając asekuranctwo i dając wygodną zasłonę wszelkiej maści wydrwigroszom (po dziś dzień) – którzy uzasadnienie swych nieskutecznych, bezużytecznych „terapii” opatrują z uporem maniaka magicznym zaklęciem o „nieszkodliwości” ich „metod”, które w przeciwieństwie do „medycyny akademickiej” wolne są od działań niepożądanych, powikłań i jako takie powinny być oferowane chorym, bo przecież „primum non nocere”.

        Ukłony dla dr. Witkowskiego przesyłam,
        Pozdrawiam TS

    • Tomasz Witkowski
      Sierpień 1, 2018

      Panie TS, gorąco zachęcam Pana do umieszczenia swojego komentarza bezpośrednio pod oryginalnym tekstem na blogu Science Based Medicine. Jego czytelnikami jest elita przedstawicieli zawodu, więc poza satysfakcją umieszczenia swojego komentarza można liczyć na dyskusję profesjonalistów. Pozdrawiam, Tomasz Witkowski

    • Michał
      Sierpień 4, 2018

      Myślę że Pan broni pewnego „mitu” jaki niestety przysłania oczy terapeutom. Widziałem już wiele stron i wpisów tego typu, że terapia musi, powinna boleć. Czemu nie przeczę. Tylko chodzi o to, że do tego worka wrzucane są też interwencje po prostu szkodliwe i terapie które wyrządziły więcej złego niż dobrego i nie była to część procesu. Mam wrażenie, że środowisko ucieka od pewnego rodzaju bezsilności, problemu z którym nie chce się mierzyć właśnie w coś co Pan ładnie pokazał. To jest ułuda i iluzja. To jest ciekawe, że terapeuci uczą innych dojrzałości, kontaktu z rzeczywistością, stawania w prawdzie a samo siebie raczy zwykłymi iluzjami. Niedojrzałymi iluzjami. To co Pan napisał można odczytać jako „ja nigdy nie szkodzę, bo jak szkodzę, to jest to tylko proces zdrowienia”. Pewnie czasem tak jest, ale chyba nie o tym był wpis. To myślę że jest też symptomatyczne jak Pan na wpis zareagował.

    • Michał
      Sierpień 4, 2018

      Napiszę jeszcze coś, bo mnie przeraża to co Pan pisze i chodzi mi o mnie jako człowieka. Nie mnie jako naukowca(bo nim nie jestem) racjonalisty itd…tylko mnie jako osoby. Freud zdaje się, że pisał w swoich listach „tylko o neurotykach” i zdaje się, że postawił „naukę”(piszę w cudzysłowie bo postawił siebie) nad pomoc innym i sfałszował wyniki swoich terapii.

      Innym takim szokującym przykładem jest lobotomia. Każdy kto swego czasu krytykował ten „zabieg” stawał się ciemnym głupcem, który staje niejako naprzeciw postępowi naukowemu.

      Jakiś tam psychiatra pamiętam, że na wykłady przynosił schizofreników w klatce i wyjaśniał studentom „z czym to się je” tak jakby przyprowadzić małpę i pokazywać jej ogonek.

      Pan Panie sky pisze, że „kit” tam z jednostką, ważny jest postęp, który umożliwia pomoc innym. Ważny jest rozwój. To jest arogancja, to mało powiedziane. Pan pisze, że trzeba ryzykować, trzeba eksperymentować….tylko co ma powiedzieć ta jednostka, która musi się w tym odnaleźć i która jest ewentualną ofiarą? Bo ja Panu napiszę szczerze, że jak czytam takiego człowieka jak Pan to schodzę z cywilizowanych relacji międzyludzkich, na takie bardziej pierwotne poziomy. Napiszę tak bardzo enigmatycznie.

      Jeszcze może Pan podejście byłoby na prawdę sensowne gdyby nie jeden szczegół. Nasze społeczeństwo nie jest wcale wielkim beneficjentem owego rozwoju. dowodzą tego Amisze, którzy rezygnują z sukcesów medycznego świata nauki i są dużo zdrowsi niż reszta USA. Nauka nauką, ale chyba raczej w służbie człowieka a nie służbie nauki. Chyba o to chodzi w tej formułce, której tak Pan nie lubi.

  2. Michał
    Sierpień 4, 2018

    Moim zdaniem nie jest możliwe, żeby środowisko terapeutyczne przyjęło ową zasadę, gdyż musiałoby wtedy podważyć coś w co święcie wierzą. Musieliby dopuścić do siebie myśl, ewentualność, że nawet dobrze przeprowadzona terapia może spowodować więcej złego niż dobrego. Myślę że terapeuci lękają się takiej ewentualności, gdyż całe życie uczono ich, że psychologia, terapia po prostu pomaga ludziom. To po prostu w jakimś stopniu rujnuje ich świat.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Informacja

This entry was posted on Lipiec 31, 2018 by and tagged , , .
Reklamy

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 121 obserwujących.

%d blogerów lubi to: