W obronie rozumu

Tomasz Witkowski, niegdyś porządny człowiek, dziś okrutny prześladowca terapeutów, łowca szarlatanów, psychologożerca itp.

Tytuł tego posta jest parafrazą ostatniego zdania opowiadania Marka Twaina „Jak kandydowałem na gubernatora”. Co prawda ja nie wysuwałem swojej kandydatury w żadnych wyborach politycznych i daleko mi do dramaturgii przeżyć opisanych przez Twaina, ale zdecydowałem się zabrać publicznie głos w kilku ważnych, moim zdaniem, sprawach. A to wszystko w ciągu zaledwie niecałych dwóch tygodni. W połowie listopada w toruńskim wydaniu „Gazety Wyborczej” ukazała się drukiem rozmowa przeprowadzona przez red. Grzegorza Giedrysa na temat mojej książki Psychoterapia bez makijażu, nad którą pracowałem cztery lata, a do której bardzo długo wybierałem tytuł. Zależało mi na tym, aby nie sugerować czytelnikom wniosków. Usiłowałem także uniknąć agresywnego języka, tak charakterystycznego w dzisiejszych przekazach medialnych. Wspólnie z wydawcą doszliśmy do wniosku, że usunięcie makijażu nie jest ani czynnością brutalną, ani obliczoną na sensację. W wyniku tej czynności może się bowiem okazać, że twarz osoby, którą zdobił makijaż, jest ładniejsza i bardziej naturalna bez niego. Częściej pewnie ta twarz okaże się zwyklejsza i mniej wyrazista. Czasami, po usunięciu grubych warstw podkładu i pudru rzeczywistość może nas niemile zaskoczyć. O tym jednak, jaki jest rezultat tej czynności zadecyduje sam czytelnik, po lekturze książki.

Takich dylematów nie miała jednak redakcja toruńskiego wydania „Gazety Wyborczej”, która zatytułowała rozmowę ze mną na temat książki: Polska psychoterapia jest dzika i drapieżna. Pacjenci często ofiarami terapeutów. Oczywiście, to nie jest cytat z moich wypowiedzi. To wniosek redakcji. W ten sposób zostałem prześladowcą terapeutów, bo tak określili mnie czytelnicy tekstu, którzy poprzestali na lekturze tytułu (wszak wiadomo, że od czytania oczy się psują a przekonanie o własnej wysokiej inteligencji wystarcza zamiast lektury). Zresztą, komu przyjdzie do głowy, że redakcje najczęściej w „twórczy” sposób upiększają tytułami prace swoich dziennikarzy?

Nie zdążyłem się jeszcze otrząsnąć z tego, co zobaczyłem w „Wyborczej”, gdy jeszcze tego samego dnia przeczytałem ze zdumieniem o sobie na stronie Programu II Polskiego Radia: „Szarlatan” to jedno z najważniejszych określeń w słowniku Tomasza Witkowskiego, który od lat tropi nieuczciwe zachowania w świecie psychologii. Cóż, być może, mimo mojej dbałości o język, nieopacznie nadużywałem tego słowa i oto skrupulatny dziennikarz przyłapał mnie na takiej niedbałości? Sprawdziłem: w najnowszym, trzecim tomie mojej Zakazanej psychologii, która liczy sobie 442 strony, a o której miała być zapowiadana w tak osobliwy sposób audycja użyłem tego słowa 2 razy, co daje średnią raz na 221 stron. W Psychoterapii bez makijażu, mojej poprzedniej książce, która jest zapisem rozmów z pacjentami i terapeutami użyłem tego słowa 3 razy stawiając pytania moim rozmówcom. Tyle w ciągu ponad pięciu lat pracy. Być może pojawiło się to słowo jeszcze raz lub dwa w jakimś artykule czy poście na moim blogu. Czy to zbyt często? Nie wiem, być może. Chyba jednak niewystarczająco często, aby stwierdzić, że „to jedno z najważniejszych określeń w moim słowniku”. Zresztą, dowiedziałem się jeszcze więcej równie zadziwiających rzeczy o sobie podczas samej audycji. Wystarczy jej posłuchać TUTAJ.

Przyjąłem te wydarzenia, jako jakiś niefortunny zbieg okoliczności i z ufnością patrzyłem w przyszłość, kiedy przeczytałem maila od znajomego psychologa. Jego zdaniem ogłosiłem w „Polityce”, najbardziej poczytnym tygodniku w Polsce, Koniec legendy badacza osobowości Hansa Eysencka! Zdębiałem. Co prawda napisałem artykuł o nadużyciach w badaniach Eysencka, ale jeszcze tydzień wcześniej sprawdzałem pdf artykułu złożonego do druku pod ładnym, zaproponowanym przez redakcję, tytułem Nadpalony autorytet, którym zastąpiono moją, bardziej banalną propozycję Rysy na pomniku. Czy w ciągu tego tygodnia, od sprawdzenia artykułu do momentu jego publikacji, redakcja odkryła jakieś nowe wstrząsające fakty? Sprawdziłem. Nie. Mój artykuł opisuje badania Eysencka, które stanowią ok. 7% jego dorobku i osobiście nie uważam, aby to był koniec jego legendy. Jego wkład w rozwój psychologii jest niezaprzeczalny, a wyniki wielu jego badań zbyt dobrze sprawdzone, aby ogłaszać jego koniec. Zresztą, ten koniec legendy, to chyba czyjś dość chaotyczny pomysł, bo w wydaniu papierowym „Polityki” artykuł ukazał się pod tytułem Nadpalony autorytet, choć w spisie treści tego samego wydania widnieje tytuł Koniec legendy… W ten sposób zostałem psychologożercą, jak wdzięcznie określił mnie jeden z czytelników.

Te wydarzenia miały miejsce pomiędzy 15 a 26 listopada. Niecałe dwa tygodnie. Ta intensywność uświadomiła mi i przypomniała, jak systematycznie i powoli media (i to, zdawało by się wcale nie tabloidowe) zamieniają mnie z „niegdyś porządnego człowieka” w oszołoma, który z obłędem w oczach prześladuje bogu ducha winnych psychologów, rzuca oszczerstwa na psychoterapeutów i toczy pianę z ust przy każdej nadarzającej się okazji, kiedy można wgryźć się w łydkę jakiemuś uczonemu.

Podobno kiedy próbuje się ugotować żabę wrzucając ją do wrzątku, ta natychmiast wyskoczy z garnka. Jest jednak sposób na to, aby ja ugotować. Wystarczy włożyć ją do zimnej woli i powoli podgrzewać. Chyba podobnie jest z przerabianiem komuś twarzy na potrzeby zwiększenia klikbajtowości. Wystarczy robić to powolutku. Mi chyba ostatnio ktoś zbyt gwałtownie zwiększył temperaturę w garnku.

Z szacunkiem,

Tomasz Witkowski

niegdyś porządny człowiek, dziś… wpiszcie sobie sami co Wam tylko podsunie wyobraźnia.


A to krótka i wyrywkowa zaledwie historia tego, jak powoli próbowano mnie ugotować. Lata temu ze względu na łamania zasad rzetelności dziennikarskiej zerwałem współpracę z tygodnikiem WPROST:

OSKARŻAM TYGODNIK WPROST O ŁAMANIE PODSTAWOWYCH ZASAD RZETELNOŚCI DZIENNIKARSKIEJ I ŁAMANIE PRAWA

EGZEGEZA „MOICH WYPOWIEDZI” CYTOWANYCH PRZEZ WPROST

Wytykałem dziennikarzom przy różnych okazjach powierzchowność:

DO DZIENNIKARZY

… i żerowanie na tragedii:

Śmierć i dziennikarz

A na wymyślone, czasem sprzeczne z treścią tytuły narzekałem też wielokrotnie. Na przykład tutaj:

Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala, czy ten, co mówić o tym nie pozwala?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Podaj adres e-mail w celu obserwowania tego bloga i otrzymywania powiadomień o dodaniu nowych wpisów.

Dołącz do 157 obserwujących.

%d blogerów lubi to: