W obronie rozumu

O słoniu, ślepcach i psychoterapii

To tytuł artykułu, który ukazał się dwa lata temu w RZECZPOSPOLITA PLUS MINUS. Napisałem go podstawie doświadczeń zebranych podczas pracy nad książką Psychoterapia bez makijażu. Rozmowy o terapeutycznych niepowodzeniach. Artykuł nie tylko nie stracił na aktualności, w czasach butnych zapewnień o skuteczności psychoterapii i pustych oskarżeń pod adresem krytyków, ukazuje dziury w wiedzy na podstawie której owe zapewnienia i oskarżenia są formułowane.  Zapraszam do lektury!

Od lat spotykam ludzi, którzy psychoterapeutom przypisują winę za zniszczone zdrowie, zmarnowane lata życia, rozbite relacje rodzinne. Nie chcę oceniać, czy ich gorycz jest uzasadniona. Wiem jednak, że w ich głos należy się wsłuchać ze szczególną uwagą, bo to oni płacą najwyższą cenę za udział w eksperymentach, które ktoś nazwał psychoterapią.

Stara indyjska przypowieść opowiada o sześciu ślepcach, którzy postanowili dowiedzieć się czegoś o słoniu. Jeden z nich natknął się na twardą skórę słonia, stwierdzając, że jest on murem. Drugi dotknął kła i ocenił, że ma do czynienia z włócznią. Trzeci, pomacawszy trąbę, doszedł do przekonania, że to gatunek węża. Czwarty, natknąwszy się na kolano słonia, zawyrokował, że jest on drzewem. Doświadczywszy podmuchów powietrza powodowanych przez uszy słonia, piąty ślepiec nazwał go wachlarzem. I wreszcie szósty, chwyciwszy zwierzę za ogon, skonkludował, że jest ono zwykłą liną. Wszyscy ślepcy, posiadłszy swoje racje, nie potrafili uznać odmiennych przekonań swoich towarzyszy, pozostali skłóceni i nigdy nie zdobyli pełnej wiedzy o wyglądzie słonia.

Prawda płynąca z tej opowieści zdaje się być truizmem ilekroć przyglądamy się ślepcom z pozycji obserwatora. Staje się jednak aż nazbyt często nieosiągalna, kiedy sami możemy dotknąć jedynie części słonia. Łamy gazet, głośniki radiowe, ekrany telewizorów, komputerów, tabletów i smartfonów przepełniają kłótnie ślepców. W wielu gramy rolę jednego z nich. W niektórych ciągle niemożliwe jest stworzenie obrazu całości. Są wreszcie i takie, gdzie ktoś odnosi korzyści, jeśli przyjmiemy jego wizję rzeczywistości.

Skrupulatne studia nieodmiennie doprowadzają nas do przekonania, że obszarem ludzkiej działalności, który, podobnie jak słoń ślepcom, wymyka się poznaniu, jest działalność człowieka nazwana psychoterapią. Dzisiaj nikt nie jest uprawniony do wypowiadania sądów ogólnych na temat jej stanu. A przynajmniej sądów opartych na pewnych faktach. To kategoryczne stwierdzenie wynika z tego prostego faktu, że nie dysponujemy podstawowymi liczbami dotyczącymi tego zawodu. Nie wiemy, i to nawet w przybliżeniu, ilu dzisiaj terapeutów praktykuje w Polsce (podobne wątpliwości dotyczą znacznej części świata, ale dla ścisłości, w dalszej części wywodu ograniczę się tylko do naszego kraju). Czy nie znając tej liczby, możemy wydawać jakikolwiek sąd na temat jakości, skuteczności lub szkodliwości świadczonych przez nich usług? Wszak każda taka opinia wywodzić się będzie wyłącznie z dostępnych nam wyrywkowych subiektywnych danych.

Nie wiemy też, ilu pacjentów jest poddawanych psychoterapii, ilu ją ukończyło i z jakim skutkiem. Danych tych szukałem zarówno ja sam, jak i kilku znajomych doktorantów przez wiele lat. Pytałem o nie terapeutów, urząd statystyczny, przeszukiwałem źródła. Bez skutku. Możemy co prawda szacować liczbę terapeutów zrzeszonych w różnych stowarzyszeniach, ale nie mamy pojęcia, jaka to jest część wszystkich praktykujących w tym zawodzie. Możemy zebrać jakieś liczby dotyczące psychoterapii refundowanych, ale wiemy z całą pewnością, że jest to tylko wycinek dużo większej całości. Prawdopodobnie mały ułamek wszystkich prowadzonych terapii, choć nie wiemy, jak mały.

Ostatnia, znana mi, próba policzenia wszystkich odmian psychoterapii (modalności) została podjęta na początku tego wieku. Otrzymano wówczas zawrotną liczbę ponad 500 – bez jakiejkolwiek gwarancji, że jest to liczba pełna (od czasu publikacji tego artykułu liczba ta wzrosła do ponad 600). Nie udało mi się dotychczas sprawdzić, czy wszystkie są obecne w naszym kraju. Swoje badania zakończyłem na liczbie 120. Nie ma ani w Polsce, ani na świecie żadnego ich rejestru. Niektóre są bardziej popularne, inne mniej, bywają też takie, które są czystą egzotyką, ale znowu stajemy przed pytaniem o ich wzajemne proporcje. Cała rzecz gmatwa się jeszcze bardziej, bo ciągle powstają nowe podejścia. Nawet uwzględniając fakt, że niektóre z nich przestają być modne i wypadają z obiegu, to jednak w sumie ich liczba prawdopodobnie cały czas rośnie. Tylko kilkanaście z nich przebadano pod kątem efektywności. Zaledwie kilka ją wykazało.

Im bardziej wnikamy w temat, tym bardziej gęstnieją znaki zapytania. Wszystkie one sprawiają, że dzisiaj każdy bardziej ogólny sąd na temat działalności nazywanej psychoterapią będzie z natury rzeczy sądem ślepca, który zna prawdę o kawałku słonia. Inne będzie wyobrażenie zachwyconych terapią pacjentów, inne terapeutów ze szkół poddających swoją pracę ciągłej kontroli i doskonaleniu, inne ofiar psychoterapii, które miały do czynienia z ludźmi pozbawionymi zasad i jeszcze inne naukowców widzących tylko fragment dobrze zoperacjonalizowanej rzeczywistości. Budując własny pogląd na to zjawisko musimy mieć pełną świadomość, że jest to obraz zbudowany na podstawie relacji kilku ślepców, którzy dotknęli fragmentu rzeczywistości. Obraz, który nie może być pełnym i jest tym bardziej fałszywy z im większą gorliwością ślepcy zapewniają o pewności swoich sądów.

Możemy oczywiście próbować szukać obiektywnych danych pochodzących z badań, ale i wówczas piętrzą się kolejne znaki zapytania. W powodzi badań relacjonujących skuteczność kilku najpopularniejszych modalności terapeutycznych pojawiają się, od czasu do czasu, przeglądy badań i metaanalizy skłaniające nas do ponownego zastanowienia, czy przypadkiem wcześniej nie mieliśmy do czynienia z relacjami ślepców. W jednej z takich metaanaliz, opublikowanej w 2017 roku Elena Dragioti wraz z kolegami wzięła pod uwagę ponad pięć tysięcy badań nad skutecznością psychoterapii spełniających najwyższe standardy metodologiczne. Kiedy im się przyjrzeli krytycznie, okazało się, że większość z nich co prawda faworyzuje psychoterapię, ale jej skuteczność została ewidentnie potwierdzona przez zaledwie 7% z nich. Czyżbyśmy mieli do czynienia z zamkiem zbudowanym na piasku? A jeśli tak, to jak to możliwe, że nikt wcześniej tego nie zauważył?

Wyjaśnić może to wynik innego badania przeprowadzonego przez grupę badaczy z Niemiec i Szwajcarii, którzy przeanalizowali ponad 900 prac poświęconych efektywności psychoterapii opublikowanych w latach 2010-2013. Interesowało ich czy publikowane prace zawierają deklaracje ewentualnych konfliktów interesów. Wymaga ich większość czasopism z oczywistych względów – czytelnik powinien wiedzieć, czy autor badań w jakikolwiek sposób może być od nich zależny – zarówno w warstwie finansowej, jak i niefinansowej. Na przykład pracownik firmy farmaceutycznej może publikować wyniki badań nad skutecznością leków jego firmy, ale fakt, że jest jej pracownikiem lub posiada w niej udziały finansowe, powinien być odnotowany przy jego nazwisku. W przypadku badań nad efektywnością psychoterapii najczęstszy konflikt interesów spowodowany jest tym, że badacz jest jednocześnie psychoterapeutą pracującym w modalności, którą właśnie bada. Pokazywanie jej w złym świetle niekoniecznie musi mu służyć, zatem czytelnicy powinni mieć świadomość, czy badacz jest zaangażowany w prowadzenie badanej przez siebie terapii. Niestety, bardzo wiele analizowanych prac nie zawierało takich deklaracji, a po dokładniejszym przyjrzeniu się okazało się, że konflikt interesów miał jednak miejsce. Czy jego ukrywanie spowodowane było tylko niefrasobliwością badaczy?

Im dłużej przyglądamy się psychoterapii, tym bardziej jej obraz – wyraźny na pierwszy rzut oka – rozmywa się. Dzieje się tak, nawet wówczas, jeśli przyjrzymy się tylko przodującym modalnościom, które w badaniach uzyskują najwyższe wskaźniki efektywności. W kilku, niezależnie od siebie przeprowadzonych, analizach okazało się bowiem, że terapeutyczna elita, która wie jakie metody są udokumentowane naukowo i zdaje sobie sprawę z istnienia podręczników zawierających wytyczne do prowadzenia psychoterapii, często głośno deklaruje ich wykorzystanie po cichu… robiąc swoje. Ich zdaniem takie wytyczne, wbrew temu co mówią badania, nie są odpowiednie dla ich pacjentów i nie działają w naturalnych warunkach. W konsekwencji tych przekonań podczas terapii nie stosują odpowiednich zestawów zadań dla pacjentów, co prowadzi do przesunięcia głównego akcentu terapii z działania na rozmowę terapeutyczną. Rezultatem może być nawet pogorszenie stanu pacjentów zamiast oczekiwanej poprawy. A nawet jeśli pacjenci poddawani są psychoterapii zgodnie z zaleceniami, to – jak znowu pokazują badania – często sposób ich realizacji daleki jest od zakładanego w podręcznikach. Pogłębia to, i tak już sporą, przepaść dzielącą praktykę od postulatów wynikających z badań efektywności. Niestety, tendencja ta ma charakter dość powszechny i rosnący, a rozdźwięk pomiędzy tym co wykazuje skuteczność w badaniach, a tym co w rzeczywistości otrzymują pacjenci, stale się powiększa.

Jednak tym, co chyba najbardziej podważyło kompletność krajobrazu psychoterapii, było odkrycie, że badacze i sami terapeuci świadomie rezygnują z informacji, które mogłyby ów krajobraz uczynić pełniejszym. W 2014 roku ukazał się artykuł, którego autorzy przejrzeli wszystkie badania nad efektywnością psychoterapii opublikowane w 2010 roku. Tylko 3% tych prac zawierało wyczerpujący opis negatywnych skutków psychoterapii, 18% zawierało szczątkowe dane na ten temat, a pozostałe 79% nie zawierało jakichkolwiek informacji o monitorowaniu negatywnych skutków psychoterapii. Czyżby ich autorzy już na etapie planowania badań wykluczyli możliwość ich wystąpienia? Czy takie zachowanie nie przypomina zachowania ślepca, który mogąc wykorzystać obie ręce dla poznania natury słonia, od niechcenia położył na nim zaledwie jedną dłoń?

Od wielu lat spotykam ludzi, których tak niechętnie uwzględniają badacze, a którzy psychoterapii przypisują winę za zniszczone zdrowie, zmarnowane lata życia, rozbite relacje rodzinne. Nie chcę oceniać tego czy ich gorycz jest uzasadniona. Wiem jednak, że ich głos jest ledwie słyszalny pośród wrzawy ślepców rozprawiających o naturze słonia, choć wcale nie wydaje mi się mniej godny uwagi od innych. Przeciwnie, uważam, że należy się w niego wsłuchać ze szczególną uwagą, bo to ci ludzie właśnie płacą najwyższą cenę za udział w eksperymentach, które ktoś nazwał psychoterapią. Być może trafili na terapeutów z gruntu złych, być może dokonali niewłaściwych wyborów, a może po prostu oczekiwali zbyt wiele? A może w psychoterapii są pułapki, w które łatwo można wpaść? Nie dowiemy się jednak tego nie wsłuchawszy się w ich opowieści. Można je oczywiście łatwo zlekceważyć twierdząc, że o niczym nie świadczą poza tym, że również w zawodzie psychoterapeuty trafiają się źli ludzie. Podobnie można zlekceważyć relacje ludzi, którzy doświadczyli przemocy domowej, nadużyć seksualnych, mobbingu w pracy itp. Tylko czy wówczas dowiemy się czegokolwiek o naturze tych zjawisk? Czy poznamy przyczyny chorób badając zdrowych? Czy zapobiegniemy przestępstwom przyglądając się zachowaniu ludzi uczciwych i prawych?

Przyznając tym pytaniom atrybut retoryczności przysłuchałem się historiom ludzi nazywających siebie ofiarami psychoterapii. Wskazali mi wiele ważnych szczegółów, które większość z nas pomija prześlizgując się wzrokiem (lub, jak kto woli, dłońmi ślepców) po naturze zjawiska. Jednym z najbardziej znaczących jest spostrzegana przez nich dysproporcja władzy pomiędzy terapeutą a pacjentem.

Pacjent, który zgłasza się na terapię jest najczęściej w bardzo złym stanie emocjonalnym, nierzadko w depresji, wykorzystał już wiele metod poradzenia sobie z własnymi problemami i ma dogłębne poczucie bezradności. Często towarzyszy mu obniżona lub wręcz zdruzgotana samoocena. Spotyka się z kimś, kto jest specjalistą w zakresie rozwiązywania tego typu problemów, często ma jakieś tytuły naukowe, publikacje. W jego oczach terapeuta staje się niemal nadczłowiekiem. Pacjent liczy na jego wiedzę i oczekuje pomocy, więc stara się podporządkować jego oczekiwaniom. To powoduje, że zakres władzy terapeutów staje się niemal nieograniczony. Relacja władzy może prowadzić do uzależnienia. Zdarza się tak, że terapeuta przez kilka lat prowadzi kolejne spotkania nie mając żadnego planu i pomysłu na to, co zrobić z pacjentem, podczas gdy ów jest głęboko przekonany, że zmierzają do jakiegoś celu, do katharsis, po przeżyciu którego wszystko się odmieni. Nie dopuszcza myśli o tym, że mogą zmierzać donikąd.

Niestety, jak pisze o tym doświadczony psychoanalityk Jeffrey Masson, z perspektywy terapeuty może to wyglądać zupełnie inaczej: „Wiele razy siadałem za pacjentem na psychoanalizie i stawałem się przeszywająco i boleśnie świadomy swojej niezdolności przyniesienia pomocy. Wiele razy, rzeczywiście, odczuwałem współczucie. Ale czasami czułem się również jak ignorant, znudzony, niezainteresowany, poirytowany, bezradny, zakłopotany i zagubiony. Czasami nie potrafiłem zaoferować prawdziwej pomocy, a jednak rzadko przyznawałem się do tego pacjentowi. Moje życie nie było w lepszej formie niż życie moich pacjentów. Żadna z rad, jakie mogłem im dać, nie była lepsza (a znacznie bardziej kosztowna) niż rada dobrze poinformowanego przyjaciela. Zakładam, że nie dotyczyło to tylko mnie. Wszystko, czego doświadczałem w tej sytuacji, musieli odczuwać również inni terapeuci”.

Kiedy wyciągamy papierosa z paczki, nasz wzrok musi napotkać drastyczne zdjęcia lub napisy ostrzegawcze. Podobnie, gdy kupujemy alkohol albo studiujemy jego etykietę. Poszkodowani pacjenci wiele razy zwracali mi uwagę na fakt, że kiedy przekraczamy próg gabinetu psychoterapeutycznego nikt nie ostrzega nas przed konsekwencjami przemieszczenia się w przestrzeni o tych kilka zaledwie metrów. I nie chodziło im o wszelkie możliwe negatywne konsekwencje psychoterapii. Chodzi o to, że ten ruch może zostać wykorzystany przeciwko nam, tak jak każde słowo oskarżonego o zbrodnię, o czym lojalnie przestrzegają amerykańscy policjanci w momencie aresztowania, przynajmniej w filmach.

Podczas psychoterapii, podobnie jak w trakcie każdej ludzkiej działalności, coś może pójść nie tak. Pacjent, przez przypadek lub umyślnie, może zostać skrzywdzony. Jeśli będzie miał dość siły w sobie, by próbować dochodzić swoich praw, niemal zawsze będzie traktowany jako osoba zaburzona. Niektórzy pacjenci, z którymi rozmawiałem, zgłaszali skargi do stowarzyszeń terapeutów, ich komisji etycznych, ale także do prokuratury czy do sądu. W każdym ze znanych mi przypadków rozpatrywano relacje tych osób, jako osób zaburzonych, a co za tym idzie mało wiarygodnych. Skąd wiadomo, że są zaburzone? No przecież inaczej nie trafiłyby na terapię! Owszem, większość pacjentów zgłaszających się na terapię jest traktowana tak, jak cierpiący ludzie, ale w momencie, kiedy dochodzi do konfliktu z terapeutami stają się ludźmi zaburzonymi, tylko dlatego, że kiedyś, beztrosko przekroczyli próg gabinetu terapeutycznego. Czyż to nie okrutna pułapka? O dojmującym fakcie jej istnienia przekonali mnie również sami terapeuci, bardzo często odmawiający rozmowy ze mną na temat relacji pokrzywdzonych pacjentów. Ich zdaniem, nie można ich traktować jako wiarygodnych, bo… pochodzą od ludzi zaburzonych. W tym miejscu przychodzi na myśl zatrważające w wymowie opowiadanie Gabriela Garcii Marqueza Chciałam tylko skorzystać z telefonu opublikowane w tomie Dwanaście opowiadań tułaczych.

Na refleksję zasługują również spostrzeżenia niektórych pacjentów, którzy dostrzegli uderzające podobieństwo pomiędzy terapią a religią. Ich zdaniem podobnie, jak religia stawia przed człowiekiem ideał w postaci dążenia do lepszego życia (bezgrzesznego, świętego itp.), tak samo psychoterapia formułuje cel, jakim jest jakiś rodzaj lepszej wersji nas samych. Dążymy do niego wypatrując z nadzieją przełomu, który wkrótce ma nastąpić, a który często nigdy nie nadchodzi. Im więcej sił w to wkładamy, tym trudniej odwieść nas od przekonania, że są to tylko miraże, za którymi gonimy. Psychoterapeuta siłą swego autorytetu bardzo łatwo może wcielić się w rolę kapłana, który zaczyna decydować o tym, co dla nas jest dobre, a co złe, którą drogą powinniśmy pójść . Dogmatyczne, niepoparte faktami, założenia niektórych szkół terapeutycznych zastępują religijne prawdy wiary. Przedmiotem kultu stają się samorealizacja, samorozwój, samospełnienie, bycie tu i teraz, life balance i inne, mniej lub bardziej modne, bożki. Intrygujące jest to, że autentyczne, niepoparte lekturą spostrzeżenia pacjentów często korespondują z przemyśleniami krytyków, którzy analogii pomiędzy religią i psychoterapią poświęcili całe tomy.

Fakt, że psychoterapia tworzy sytuację dysproporcji władzy w relacji terapeuta-pacjent wcale nie oznacza, że zostanie ona nadużyta. Również to, że przekraczając próg gabinetu terapeutycznego narażamy się na niebezpieczeństwo zakwalifikowania nas do grona ludzi zaburzonych, nie jest równoznaczne z wykorzystaniem tego faktu przeciwko nam. Podobnie bezsprzeczna bezkarność psychoterapeutów, atrybut wynikający z porządku prawnego (lub raczej jego braku), jaki panuje w tej sferze działalności, nie oznacza, że zostanie ona spożytkowana w jakikolwiek sposób przeciwko pacjentom. Wymaga jednak dostrzeżenia, podobnie, jak dla oddania pełni istoty słonia niezbędne jest dostrzeżenie jego kłów.

Aby przekonać się o bezkarności terapeutów nie trzeba studiów prawnych ani skomplikowanych analiz. Można to zrobić przeprowadzając bardzo prosty eksperyment. W tym celu wystarczy zasugerować publicznie, że jakiś pacjent w wyniku psychoterapii podjął próbę samobójczą lub popadł w alkoholizm. Jednogłośnie brzmiący chór terapeutów i ich zwolenników będzie nas niezmordowanie przekonywał, że nie da się udowodnić związku psychoterapii z tymi ponurymi konsekwencjami. I będą mieli rację. Jeśli tylko terapeuta nie popełni w trakcie terapii jakiegoś wykroczenia przeciwko zapisom kodeksu karnego, nie ma takiej możliwości, aby przypisać mu jakąkolwiek odpowiedzialność za to, co przydarzyło się jego pacjentom poza gabinetem terapeutycznym. Ja przynajmniej nie znam ani jednego takiego przypadku, choć znam wiele prób wykazania zawodowej odpowiedzialności za niekorzystną sytuację pacjentów. Najbardziej dotkliwa kara, jaka może spotkać terapeutę za popełnione przez niego nadużycia w stosunku do pacjentów, to wydalenie ze stowarzyszenia, do którego należy lub nagana udzielona przez sąd koleżeński. W rzeczywistości nawet i te kary są bardzo rzadko stosowane i nie wiążą się z jakimikolwiek konsekwencjami. Terapeuta może nadal prowadzić psychoterapię.

Gdybyśmy chcieli dowiedzieć się o psychoterapii czegoś jeszcze więcej, warto również przeprowadzić podobny do wyżej opisanego eksperyment – tym razem przypisując terapii pozytywne zmiany w życiu pacjenta, na przykład uwolnienie się od nałogu lub wyjście z depresji i myśli samobójczych. Czy ktoś wówczas równie gorąco zaprotestuje, jak miało to miejsce w przypadku negatywnych skutków? A jeśli nie, to może warto zastanowić się, jaki mechanizm powoduje tę uderzającą asymetrię odpowiedzialności?

Opowieści pacjentów, których terapia poszła „nie tak” pełne są spostrzeżeń, których brakuje w prezentowanym publicznie krajobrazie psychoterapii. Wypełniłyby niejeden felieton, ale powinniśmy pamiętać, że są tylko jednym z głosów w gwarze ślepców. Wsłuchując się w ów gwar zwróćmy jednak pilną uwagę na to, dla kogo i jakie korzyści płyną z przekonania innych do własnej wizji słonia.

Dla dopełnienia tej wizji warto przywołać jeszcze jeden fakt. W 2012 roku Rada największego i najbardziej wpływowego na świecie stowarzyszenia psychologów – American Psychological Association, skupiającego blisko 120 tysięcy psychologów, przyjęła drogą głosowania rezolucję o skuteczności psychoterapii. Powołuje się na nią większość stowarzyszeń psychoterapeutów na całym świecie. W gronie osób formułujących rezolucję znaleźli się wybitni psychoterapeuci i naukowcy. Również wobec tego faktu nie powinniśmy przejść obojętnie.

Tych, którzy chcieliby pohejtować, zapraszam do lektury mojego Zwięzłego poradnika dla hejterów i komentowanie przy pomocy numerków. Szkoda ścierać palce na klawiaturze!
O książce napisali również:

Tomasz Witkowski udowadnia po raz kolejny, że zdrowy rozsądek jest największym skarbem człowieka, a wiedza wciąż stanowi pewną lokatę.

Bartosz Panek, Polskie Radio 2, Laureat Prix Italia w 2014 r. 

Wstrząsające opowieści o złowrogiej rzeczywistości, której na co dzień nie mamy możliwości zobaczyć. Non-fiction, choć chciałoby się wierzyć, że to tylko literacka fikcja.

Konrad Szołajski – reżyser i scenarzysta

Czy psychoterapia rzeczywiście stanowi remedium na współczesne problemy człowieka? Czy może, jak podnosi w swojej książce Tomasz Witkowski, potrafi być pozbawionym logiki i odpowiedniej wiedzy narzędziem do krzywdzenia i tak już skrzywdzonych ludzi? Publikacja Witkowskiego w przejmujący sposób ukazuje rozdźwięk pomiędzy medialno-marketingowym optymistycznym wizerunkiem psychoterapii a rzeczywistością, w której ludzkie odpady są pozostawione samym sobie. To zapis bezsilnego krzyku ludzi słabych i poranionych za przyzwoleniem większości. Must read nie tylko dla tych, którzy mają cokolwiek wspólnego z psychoterapią.

Anna Szulc, dziennikarka społeczna „Newsweeka”,
laureatka Grand Press w kategorii reportażu
Witkowski otwiera przed czytelnikami mroczne tajemnice szczelnie zamkniętego środowiska psychoterapeutów.  Stawia tezy, dając jednocześnie szansę na własną interpretację ciemnej strony psychoterapii. To lektura nie tylko dla „wtajemniczonych“, ale też doskonały przewodnik  dla literatów i filmowców. Kontrowersyjne i mocne.
Robert Wichrowski, reżyser, wykładowca, dr sztuki filmowej

Zamów książkę

Przeczytaj fragmenty:

Rozmowa 1;     Rozmowa 2;     Rozmowa 3;     Rozmowa 4;     Rozmowa 5;     Rozmowa 6;    Rozmowa 7;     Rozmowa 8;     Rozmowa 9;

Przeczytaj również wywiad z autorem w:

Image result for tvp tygodnik kulturalny

I kolejny w:

Posłuchaj i obejrzyj rozmowę o książce:

Więcej o książce TUTAJ

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Archiwum

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Dołącz do 187 obserwujących.

<span>%d</span> blogerów lubi to: