W obronie rozumu

Taka sobie zwykła historia psychoterapeutyczna…

Dziś nie mam poczucia jakiegoś strasznego skrzywdzenia, nie myślę źle o terapeutce, jednak patrząc z dystansu, to wszystko wydaje mi się absurdem, stratą czasu i pieniędzy.

Terapia trwała ok. 5 lat. Nikt nie poinformował mnie, w jakim nurcie pracuje terapeutka. Nie został stworzony żaden plan terapii, nie było kontraktu. Trafiłam na panią, która przez pięć lat nie mówiła prawie nic. Terapia zaczynała się od wymownego milczenia terapeutki, szybko uznałam więc, że to ja muszę przejąć pałeczkę i mówić, mówić, mówić.

Opowiadałam więc o swoim dzieciństwie, braku ojca, pierwszych relacjach, mini-traumach z przeszłości. Mówiłam cały czas, 50 minut ciągiem. Kiedy temat przeszłości się wyczerpał, zaczęłam opisywać swoje bieżące życie i problemy. Ponieważ na studiach miałam dużo psychologii, na długo przed terapią interesowałam się zaburzeniami osobowości i generalnie sporo czytałam na ten temat, przychodziłam z gotowym opisem swojego zachowania i teorią odnośnie tego, co je wywołało.

O ile w domu nie kontrolowałam swojego zachowania, o tyle w gabinecie potrafiłam na wszystko spojrzeć z dystansem i dokładnie zanalizować siebie. Byłam w 99% racjonalna, przy terapeutce czułam się dość swobodnie, starałam się być szczera, przychodziło mi to naturalnie. Nigdy się nie rozpłakałam. Raz zaszkliły mi się oczy – kiedy opowiadałam o śmierci mojego kota.

Po pewnym czasie terapeutka zaczęła mnie delikatnie pytać, czy ja nie mam jakichś fantazji o innych pacjentach lub o jej życiu prywatnym. Serio, nie miałam, w ogóle nie interesowała mnie jako osoba. Ona plus ten gabinet to było dla mnie trochę medium, będąc w nim miałam wgląd w swoje motywacje, rozumiałam, czemu zachowałam się tak, a nie inaczej. Z terapeutką rozmawiałam z pozycji “dorosłego”.

Powiedziałam jedynie, że “może jestem ciekawa, jakie problemy mają inne osoby, czy podobne do moich”, ale nie prosiłam, aby mi o nich opowiadała. Dodałam też, że w kwestii jej życia prywatnego, może problemem byłoby dla mnie, jakby okazało się, że jest wierząca, bo ja uważam, że religia to największe zło.

Terapia trwała, ja coraz trafniej opisywałam, czemu znów zrobiłam coś, czego nie powinnam była zrobić, terapeutka kiwała głową i mówiła “mhhhm”, wracałam do domu i znów to robiłam. Wielokrotnie się okaleczałam, byłam w permanentnym kryzysie z partnerem. Moja świadomość trudnych zachowań i ich przyczyn nie przekładała się w ogóle na ich zaprzestanie.

Coraz częściej terapeutka pytała o moje emocje w stosunku do niej. Czułam się skonfundowana tymi pytaniami, bo właściwie nie czułam do niej nic. Mogłabym powiedzieć, że jest miła, może, że ją lubię, nic więcej. Zastanawiałam się, czemu miałabym mieć jakieś konkretne emocje w stosunku do kobiety, o której nic nie wiem i która prawie nic do mnie nie mówi. Te pytania coraz bardziej mnie stresowały, czułam, że powinnam się z tego wytłumaczyć, tłumaczyłam, więc, że silne emocje przeżywam przede wszystkim w stosunku do mężczyzn, partnerów. Nie rozumiałam, jakim cudem miałabym poczuć do niej coś, co czuję do mojego faceta, czy nawet matki. Chwilami miałam wrażenie, że terapeutka poczułaby się lepiej, jakbym powiedziała, że jestem na nią wściekła albo jej nienawidzę, ale że COŚ czuję. Wydawało mi się to zupełnie bezsensowne. Dziś już wiem, że chodziło o PRZENIESIENIE, które u mnie nie wystąpiło.

Terapia trwała, ja powtarzałam wciąż to samo, bo cały czas miałam te same problemy   w związku. Miałam wrażenie, że terapeutka jest momentami znużona. Ożywiała się, kiedy zaczynałam mówić, że miałam dziwny sen. To był jedyny moment, kiedy sięgała po zeszyt i coś tam sobie pisała. Z czasem zaczynałam czuć się źle, kiedy sen był tak abstrakcyjny, że zostawało mi po nim samo wrażenie, jakieś niejasne odczucie, ale nie potrafiłam jakkolwiek opisać go słowami. Zaczęłam mieć coś na kształt wyrzutów sumienia, kiedy terapeutka, początkowo ożywiona, odkładała zeszyt, nie zapisując w nim nic. W ogóle czułam, że zawodzę moją terapeutkę. Miałam niejasne poczucie, że coś jest nie tak, że nie wpisuję się w jakiś schemat, że nie pojawia się we mnie to, co POWINNO SIĘ pojawić.

Poza byciem racjonalną, zdarzało mi się wchodzić w rolę błazna, przyjemność sprawiało mi to, że mogę rozśmieszyć terapeutkę jakąś anegdotą czy zabawną historią. Może była to forma rozładowania napięcia w związku z tym, że wciąż czułam, że ona oczekuje jakiegoś wylewu emocji, który u mnie w ogóle się nie pojawiał. Za którymś razem terapeutka powiedziała, że chyba za bardzo staram się ją zadowolić, a nie o to tutaj chodzi.

Kiedyś wyszło jakieś nieporozumienie w związku z tym, że przełożyłam terapię w ostatniej chwili. Z tego, co pamiętam, nie było w tym mojej winy, bo pani w rejestracji ustaliła inny termin. Terapeutka pierwszy raz, dość nieoczekiwanie, zrobiła groźną minę i powiedziała, żebym sobie nie myślała, że ona jest jakąś “dobrą ciocią”. Zdenerwowałam się, ale nie dałam po sobie nic poznać. To było tak absurdalne, że jej nie uwierzyłam. Miałam wrażenie, że to prowokacja, służąca temu, żebym w końcu się na nią zezłościła, żeby w końcu “coś się zadziało”.

Raz terapeutka przyznała, że ze mną faktycznie jest inaczej niż z innymi pacjentami. Chyba miała na myśli to, że w trakcie terapii jestem zbyt racjonalna, zbyt “dorosła”. Mnie to właściwie cieszyło, bo w domu wchodziłam w rolę dziecka (miałam dużo starszego partnera), a terapię traktowałam jako usługę pomiędzy dwoma dorosłymi osobami. Nie wyobrażałam sobie zachowywać się przy terapeutce jak przy partnerze, nie czułam, żeby to było w ogóle możliwe.

Przed przerwą w terapii związaną z urlopem, terapeutka zostawiła mi swój numer i powiedziała, że mogę zadzwonić, jakby działo się coś dla mnie trudnego. Nigdy nie zadzwoniłam. W głowie mi się nie mieściło, żeby dzwonić jak się tnę i przerywać jej urlop. Nie wiedziałam nawet, co mogłabym jej wtedy powiedzieć. I co ona mogłaby powiedzieć mi. Przecież zazwyczaj milczała.

Jakoś w czwartym albo nawet piątym roku terapii, zmniejszyłam liczbę spotkań z dwóch tygodniowo do jednego. Miałam problemy finansowe, były okresy, że nie pracowałam,  a nawet jak pracowałam, to i tak musiała pomagać mi mama, bo terapia pochłaniała mnóstwo pieniędzy. Kiedy spotkania odbywały się raz na tydzień, terapeutka zachęcała mnie, aby wrócić do poprzedniego trybu, właściwie nie wiadomo po co. Nigdy nie zrobiła jakiegokolwiek podsumowania, nigdy nie powiedziała, co według niej idzie dobrze, a co źle, czy zrobiłam jakieś postępy, czy to wszystko ma sens.

W ogóle miałam wrażenie, że terapeutka tak naprawdę nie rozumie (albo udaje, że nie rozumie), czym są problemy finansowe i zawsze szuka drugiego dna w tym, że ktoś zaczyna rzadziej przychodzić na terapię lub z niej w ogóle rezygnuje. Na pewno chce uniknąć rozmowy na trudne tematy albo wygodnie mu dalej tkwić w miejscu, w którym jest! Oczywiście terapeutka nie powiedziała nic takiego wprost, ale delikatnie próbowała mnie przekonać, żeby jakoś rozwiązać trudną sytuację finansową i nie rezygnować z terapii. Niestety, nie powiedziała jak to zrobić. To samo zresztą dotyczyło spóźnień – nieważne było, że przez całe swoje życie spóźniałam się zawsze i wszędzie. Dla terapeutki moje spóźnienia znaczyły jedno – podświadomie chcę skrócić terapię, aby nie mówić o trudnych dla mnie rzeczach.

Po pięciu latach terapii mój związek z partnerem (który sam mnie na nią wysłał, bo nie mógł znieść mojego zachowania) rozpadł się. Poznałam nową osobę, musiałam się wyprowadzić, szukać nowego mieszkania, nie miałam stałej pracy, moja sytuacja finansowa była tragiczna. Wtedy zdecydowałam się na zakończenie terapii. Oczywiście terapeutka próbowała mnie przekonać, że w tym momencie przerwanie terapii nie jest dobrym pomysłem. Wciąż jednak nie usłyszałam, kiedy będzie ten dobry moment, jaka zmiana powinna według niej zajść, aby uznać, że terapia została zakończona sukcesem.

Jak patrzę na to wszystko dzisiaj, to myślę, że w jakimś stopniu się oszukiwałam, racjonalizowałam, chciałam myśleć o terapii i terapeutce dobrze – w końcu zainwestowałam dużo czasu, energii i pieniędzy. Mówiłam sobie, że przecież tak dużo rozumiem, że to dzięki temu miejscu miałam “objawienia” co do samej siebie. Dziś wiem, że podobne “objawienia” można mieć w trakcie rozmowy z przyjaciółką, która ma podobne problemy, jest empatyczna i gotowa mnie wysłuchać.

Jednocześnie chyba nie chciałam myśleć o tym, że moje trudne zachowania nie znikały. Owszem – były lepsze momenty, ale zazwyczaj trwały one krótko. W tym czasie brałam również różne leki, zwiększałam lub zmniejszałam ich dawki, byłam coraz starsza, zmieniałam miejsca pracy, poznawałam nowych ludzi i nabierałam nowych doświadczeń. W którymś momencie nie potrafiłam już powiedzieć, co z czego wynika, co mi tak naprawdę daje terapia, co leki, a co nowe doświadczenia. Wszystko nakładało się na siebie, a ja nie potrafiłam znaleźć jasnej odpowiedzi.

Dziś nie mam poczucia jakiegoś strasznego skrzywdzenia, nie myślę źle o terapeutce, jednak patrząc z dystansu, to wszystko wydaje mi się absurdem, stratą czasu i pieniędzy (ostatnio policzyłam, że poszło na to 17000 zł i prawie się popłakałam). Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że tak naprawdę odbyłam psychoterapię w nurcie psychoanalitycznym (przez cały czas, nie wiem czemu, zakładałam, że jest to nurt psychodynamiczny), co mnie szczerze przeraziło. Chyba przez te wszystkie lata od zakończenia terapii nie chciałam tego do siebie dopuścić.

Po paru latach zdecydowałam się na terapię schematów. Decyzja o rozpoczęciu drugiej terapii była dla mnie bardzo trudna. Byłam w toksycznej, przemocowej relacji, z której chciałam się uwolnić, ale nie bardzo wiedziałam, jak to zrobić. Trafiłam do miejsca pracy terapeuty, którego wypowiedź słyszałam w radiu i który wydawał mi się naprawdę sensownym człowiekiem. Niestety, pierwszy dostępny termin u niego był za dwa lata. Sama za to mogłam wybrać terapeutę spośród kilku, których opisy były zamieszczone na stronie. Najciekawsza wydawała mi się terapeutka, która napisała o sobie tak:

Mgr psychologii o specjalności klinicznej i osobowości. Posiada certyfikaty ukończenia szkoleń z Terapii Poznawczo-Behawioralnej (CBT) oraz Standardowy Certyfikat Indywidualny Terapii Schematu ISST nr XXXX. Doświadczenie kliniczne zdobyła m.in w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie oraz na Oddziale Leczenia Zaburzeń Psychosomatycznych w Mazowieckim Centrum Neurologii i Rehabilitacji. Pracowała w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej oraz na turnusach rehabilitacyjnych dla osób z rodzin dysfunkcyjnych. Pracuje w nurcie poznawczo-behawioralnym, terapii schematu oraz logoterapii.

Terapia, z uwagi na pandemię, odbywała się online. Terapeutka od początku pozwalała sobie na słabe żarty typu “może kiedyś pozna pani jakiegoś bogatego Francuza” (w kontekście mojego trudnego, zmierzającego do zakończenia związku). Na informację, że pomimo tego, że pracuję z dziećmi, sama nie chcę ich mieć, zareagowała zdziwieniem i jakimś ironicznym komentarzem. Dodała też, że “może mi się jeszcze odmieni”. Kiedy mówiłam o mojej trudnej sytuacji finansowej, terapeutka odpowiadała, że widocznie ważniejsze od pieniędzy są dla mnie praca w zawodzie i moje koty, bo przecież mogłabym np. wyjechać za granicę do jakiejś dobrze płatnej pracy fizycznej. Niezrozumiałe było też dla mnie wałkowanie tematu jednego leku, który brałam przez krótki czas 10 lat temu i sugestie, że niepamiętanie historii leczenia jest dziwne oraz teksty: “zazwyczaj pacjenci pamiętają”.

W ogóle terapia wydawała mi się szybka, przeładowana informacjami, za mało refleksyjna (w pięć minut miałam np. opisać relację trwającą pięć lat). Miałam wrażenie, że wpadłam z deszczu pod rynnę. Na terapii psychoanalitycznej mówiłam cały czas, ale niewiele z tego wynikało, tutaj dość aktywna była terapeutka, ale jej sposób bycia i prowadzenia terapii wydawały mi się niepoważne.

Nie chciałam rezygnować od razu, myślałam, że dobrze jest dać jej szansę. Czułam jednak, że się nie dogadamy. Porozmawiałam z paroma bliskimi osobami, które powiedziały mi, że teksty terapeutki nie były w porządku i że może powinnam sobie odpuścić. Zakończyłam terapię. Bez terapii jakoś żyję, ale w dużej mierze dzięki antydepresantom. 

7 comments on “Taka sobie zwykła historia psychoterapeutyczna…

  1. Joanna
    22 marca, 2021

    To jest prawie dokładnie moja historia z pierwszą terapią, w nurcie psychodynamicznym. Z punktu widzenia prawa, „etyki” terapeutycznej i metodologii badań też prawdopodobnie nie doszukano by się większych nadużyć- oszustwa ogólnie ciężko się udowadnia, terapeutyczne też. Z resztą do dziś mam wątpliwości, czy terapeutka świadomie mnie wykorzystywała dla kasy, czy sama nie została oszukana modalnością, którą wyznaje. Szkoda, że konsekwencje straconych lat i pieniędzy ponoszę głównie ja, a pseudoterapia u tej pani ma się chyba całkiem nieźle- nieświadomych jeleni/ zagubionych ludzi nie brakuje.

    • Joanna
      22 marca, 2021

      P.s. u mnie był kontrakt, certyfikaty, specyficzna frazeologia i legitnie wyglądające teorie. Tylko pozytywnych efektów brak, ale to, jak wiadomo, jest tylko winą pacjenta, który nigdy nie pracuje tak, jak „powinien”.

      • Milena Milena
        25 marca, 2021

        Pani Joanno, czy można prosić o podanie kontaktu prywatnego? Jestem w terapii o tym samym nurcie i jestem przerażona.

    • Michał
      29 marca, 2021

      No właśnie. Opis brzmi jak psychodynamika, a autorka napisała że była to terapia psychianalityczna…ale kto by się w tym połapał?

  2. Joanna
    25 marca, 2021

    Pani Mileno, proszę bardzo: dzoanka82@gmail.com

  3. Michał
    29 marca, 2021

    Udeża rzeczowy i konkretny charakter wpisu…i to 5 lat. 5 lat siedzenia i gadania, ja po dziś dzień nie rozumiem jakie są założenia teoretyczne tego nurtu. Co tam ma się wydarzyć? Co pracuje i do czego się dąży?

  4. raj
    6 kwietnia, 2021

    Przepiękny psychoterapeutyczny mem dzisiaj znalazłem: https://i1.kwejk.pl/k/obrazki/2021/04/gTCou4lTjvz2DE1m.jpg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Informacja

This entry was posted on 21 marca, 2021 by and tagged , , , .

Archiwum

Wprowadź swój adres email aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez email.

Dołącz do 187 obserwujących.

<span>%d</span> blogerów lubi to: